piątek, 13 lipca 2012

Kanion raz jeszcze


Jak wróciliśmy z Kanionu nie miałam siły pisać. Byłam wyczerpana fizycznie i emocjonalnie. O skali zmęczenia niech świadczy fakt, że przestałam mówić ;) Mamunia, chyba wyczuła klimat, bo już następnego dnia miałam na poczcie maila z pytaniami jak było, dokąd zeszliśmy i w ogóle halo, halo tu brzoza… Eh te Mamunie, przenikliwe i nieocenione ;)
Dziś jedziemy przez Nowy Meksyk i wspominamy pierwsze trzy dni naszej eskapady. To już trzeci stan, przez który przejeżdżamy. Pierwszego dnia zaskoczyła nas amplituda temperatury. Wyjeżdżaliśmy z Kalifornii przy 35 C, na granicy z Arizoną, gdzie stanęliśmy tylko na fotkę, mieliśmy już 50 C, a wjeżdżając na płaskowyż parku Wielkiego Kanionu w Williams cieszyliśmy się z 25 C. Może to zmiany temperatury, może zmiany wysokości, może zmęczenie pierwszym dniem i słabo przespana noc, a może po prostu strach, który przyprawiał mnie o mdłości, ale od samego rana byłam przerażona czekającym nas przemarszem przez ścieżki Kanionu.
Najpierw spojrzeliśmy na Kanion z góry. Na jego dnie pewnie szumiała rwąca rzeka Kolorado. Na górze nie słyszałam jej plusku. Między Bogiem a prawdą, nie słyszałam nic. Nie wiem czy to możliwe, ale miałam wrażenie, że widok mnie ogłuszał. Patrzyłam na poszczególne warstwy skalne i miałam świadomość, że widzę przekrój przez paręset milionów lat. Patrzyłam na niepowtarzalne bogactwo kolorów i kształtów i nie miałam nic do dodania. Patrzyłam na niego a on patrzył na mnie. Przypomniało mi się Nietzscheańskie zaglądanie  w otchłań. Musiałam oderwać wzrok. Do niczego nie byłam mu potrzebna. Przede mną w tym samym miejscu stało milion osób, po mnie będzie stał kolejny. W żaden sposób nie wpłynie to na niego, nie zmieni jego kształtu, koloru, zapachu. Trochę jakby został stworzony sam dla siebie. Ktoś powiedział: nic tu po nas.  Poszliśmy.
Ekipa mówi, że jak zaczęliśmy schodzić na dół nie było tak źle, jak się spodziewali. Dla mnie było chyba jeszcze gorzej. Podobno pogoda była fajna - tylko jakieś 33 C, trochę wiatru, czasem trochę cienia. Im niżej schodziliśmy do Kanionu, tym było jednak goręcej – czyżby wielka otchłań przeczyła prawom fizyki? Jakikolwiek spacer po otwartym słońcu odbierał nam energię. Nie dawaliśmy się przeskakując z jednej plamy cienia do drugiej. Na szczęście nie było jakiegoś tragicznego tłumu, a ludzie, którzy razem z nami podziwiali i zwiedzali Kanion znikali na ogromnej przestrzeni rezerwatu. Niewiele osób mówiło nam cześć ;( Pod nogami śmigały moje ulubione chipmunki, szare wiewiórki i nastroszone bluejaye, nad głowami przelatywały smoliste kruki. Zauważyliśmy, że pył na ścieżce zmienił kolor z blado żółtego na bordowo czerwony. Ja już miałam dosyć, Kasiuli kolano powiedziało pas, Maki uznał, że ok, że on by mógł spokojnie jeszcze dalej i w ogóle, ale co tam odprowadzi nad na górę. Piotruś z Małgosią zrobili jeszcze skok do pierwszej budki. Faktycznie łatwiej się schodzi niż wchodzi. Po pięciu minutach miałam wrażenie, że serce bije mi wszędzie – na łydce, obojczyku, czole. Maki potrzebował wycieraczek na oczki, żeby widzieć drogę, a Kasia zaczęła śpiewać ;) Musieliśmy szybko wymyślić jakiś lekki temat, żeby zająć czymś głowy. A Wy jak myślicie – jesteśmy raczej wynikiem naszych genów, czy zdobytych doświadczeń? ;)
Na górze wypiliśmy hektolitry wody, zmyliśmy z siebie pył i odetchnęliśmy z ulgą. Nigdy więcej już nie chcę tam schodzić. Wrażenie mogę porównać chyba tylko do przeciskania się przez gorącą i duszną tubę. W każdym momencie czujesz, że jeszcze sekunda i się zaklinujesz, a gorąc nie pozwoli Ci oddychać. Jakikolwiek ruch zaś odbiera Ci energię i tylko przyspiesza koniec! Fuj. Jeśli kiedykolwiek miałabym tam wrócić to tylko samolotem.
Maki mówi, że Kanion to doskonałe miejsce żeby pomieszkać na nim w jednym z małych domków letniskowych, robić zdjęcia wschodów i zachodów słońca, pić zimne piwo patrząc na kołujące bez ruchu nad głowami kondory. I ja się z nim zgadzam ;)











5 komentarzy:

  1. Aga - tak to opisalas, ze zmeczylam sie czytajac.......caluski!

    OdpowiedzUsuń
  2. A ja się przestraszyłam i pomyślałam, że to musi być najgorsze miejsce na ziemi... Agnieszka nie chce iść dalej?! O co chodzi, o co chodzi.

    OdpowiedzUsuń
  3. No to mi się udało ;)Cieszę się, że możecie poczuć się tak, jakbyście tam z nami byli, a że czasem jest ciężko... bądźcie dzielni, będzie lepiej, ja już to wiem - dziś dodaję nową notkę.

    A co do tego, czy nie chcę iść dalej, to pierdziu, każdemu się zdarza ;)Trzymasz za mnie trochę kciuki?

    OdpowiedzUsuń
  4. No trzymam, trzymam, przecież! Nie czujesz? :)
    PS pewnie, że pierdziu - wiesz, że ja się cieszę, że pierdziu :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Czuję bardzo, bardzo ;) Czy Ty wiesz jaka to przyjemność pisać mając takich czytelników?! ;)

    OdpowiedzUsuń