środa, 18 lipca 2012

Łuki na pustyni

Wyjechaliśmy z zielonego Kolorado. Skończyły się góry, zaczęły kaniony – niektóre naprawdę piękne. Za oknami znowu zaczęły nam mijać piegowate góry – hałdy stwardniałego piachu gdzieniegdzie pokryte niskimi drzewami. Jechaliśmy przez pustynię, która kiedyś była dnem oceanu. Widzieliśmy warstwowy układ skał na zboczach. Cieszyliśmy się z klimatyzacji w samochodzie. Czasem przystawaliśmy na fotkę, panoramkę, filmik. Stosunkowo szybko dotarliśmy do stanu Utah do Arches National Park.



Park przywitał nas niesamowitymi kolorami. Pojedyncze kolumny, całe bloki skalne i ogromne płaskowyże z okienkami w środku odbijały słońce. Czerwono-pomarańczowe masywy z daleka wyglądały jak krem malinowy. Z bliska sprawiały wrażenie, jakby dopiero wczoraj spłynęła z nich woda. Zdjęłam buty. Pod stopami miałam pył i gorące, gładkie kamienie. Jest coś przyciągającego w tym dusznym, upalnym pustkowiu.
Robiliśmy sobie fotki w miejscach, które znałam tylko z atlasów geograficznych. Próbowaliśmy zrozumieć, jakie siły ukształtowały łuki. Te same wiatr i woda, które je stworzyły dziś je niszczą. Jeszcze jakieś milion milionów lat i cuda, na które patrzyliśmy, zamienią się w pył. Spieszcie się zobaczyć pustynię ;)
Wyjechaliśmy z parku łuków przy pięknej pogodzie. Za kółkiem siedział jednak Piotr, a to oznaczało, że na pewno czaił się na nas gdzieś huragan. Pół godziny później jechaliśmy już w przesuwającym nam samochód wietrze i zamazującym krajobraz deszczu. Nie pozostało nam nic innego, jak włączyć ciężką muzykę i potraktować ta katastrofę ze śmiechem. Na to przyroda nie była przygotowana – burza zabrała się tak samo szybko jak się pojawiła ;)

















































Brak komentarzy:

Prześlij komentarz