środa, 25 lipca 2012

Hoover Dam i Mead lake - gorąco, goręcej, Kalifornia

Od rana było nam gorąco. Już rano, kiedy wyjeżdżaliśmy z Saint George, mieliśmy jakieś 33 C na liczniku. Przejazd przez pustynie tylko podniósł liczbę do 39. Zmieniliśmy zatem trasę i zamiast najkrótszą drogą przez autostrady polecieliśmy południowym objazdem przez dwa parki krajobrazowe położone nad ogromnymi jeziorami. W jednym z nich skąpaliśmy się niecnie.
Przez stojącą, nagrzaną do nieprzyzwoitości, wodę momentami przepływały chłodne prądy. Zawsze kiedy wyczailiśmy takie miejsce, Maki już w nim się chłodził. Mimo że woda była przyjemnie ciepła, miała niespotykaną przeźroczystość. Pode mną były ze dwa metry głębokości, a ja doskonale widziałam piaszczyste dno i ostre wodorosty – na pustyni nawet wodorosty wyglądają jak kaktusy. Chlapaliśmy się jak dzieci – Małgosia skakała na główkę, Maki nurkował w poszukiwaniu chłodu a ja leżałam na tafli łapiąc ciepłe promienie – kąpałam się w wodzie i słońcu ;)
Chwilę później zorientowaliśmy się, że jezioro Mead lake, które sprawiło nam tyle radości kończy się wielką tamą – Hoover Dam. Upał, który nas tam dopadł nie da się porównać z niczym co czułam. Nawet w Dolinie Śmierci było łatwiej oddychać. Niby wody dookoła dużo, niby elektrownia wodna, niby wcale nie jakoś nisko, a jednak gdyby nie te maleńkie wodopoje nie doszłabym na drugą stronę zapory. Czy warto było się tak katować dla gigantycznej ilości betonu? A może dla widoku nowo wybudowanej nad tamą autostrady? Dla zegarów pokazujących czas w Newadzie i Arizonie? Hmm… Dla idealnie równiej tafli wody przechodzącej niezauważalnie w błękit nieba na pewno tak;)






























Brak komentarzy:

Prześlij komentarz