Przez stojącą, nagrzaną do
nieprzyzwoitości, wodę momentami przepływały chłodne prądy. Zawsze kiedy
wyczailiśmy takie miejsce, Maki już w nim się chłodził. Mimo że woda była
przyjemnie ciepła, miała niespotykaną przeźroczystość. Pode mną były ze dwa
metry głębokości, a ja doskonale widziałam piaszczyste dno i ostre wodorosty –
na pustyni nawet wodorosty wyglądają jak kaktusy. Chlapaliśmy się jak dzieci –
Małgosia skakała na główkę, Maki nurkował w poszukiwaniu chłodu a ja leżałam na
tafli łapiąc ciepłe promienie – kąpałam się w wodzie i słońcu ;)
Chwilę później zorientowaliśmy się,
że jezioro Mead lake, które sprawiło nam tyle radości kończy się wielką tamą –
Hoover Dam. Upał, który nas tam dopadł nie da się porównać z niczym co czułam.
Nawet w Dolinie Śmierci było łatwiej oddychać. Niby wody dookoła dużo, niby
elektrownia wodna, niby wcale nie jakoś nisko, a jednak gdyby nie te maleńkie
wodopoje nie doszłabym na drugą stronę zapory. Czy warto było się tak katować
dla gigantycznej ilości betonu? A może dla widoku nowo wybudowanej nad tamą
autostrady? Dla zegarów pokazujących czas w Newadzie i Arizonie? Hmm… Dla
idealnie równiej tafli wody przechodzącej niezauważalnie w błękit nieba na
pewno tak;)
















Brak komentarzy:
Prześlij komentarz