Poprzednio w Kampinosie cieszyliśmy się ciszą. Teraz cieszyliśmy się sobą na wzajem. Poranne ubieranie w połowę ubrań z szafy, kanapeczki, autobus, metro, tramwaj i jeszcze jeden autobus i już byliśmy w ośnieżonym lesie. Ogarnęliśmy kanapki, termosy, bilety, mapy i kijki i ruszyliśmy fajnie zgraną paczką w las. Małgośka biła się z Łukaszem, Michał co i raz wywijał orła, Marcin częstował gruzińskimi przysmakami, a ja słuchałam. Śmiałam się szczerym śmiechem i słucham tych wszystkich historii. Trochę tak jest, że jak już przestajemy chować się za naszymi srajfonikami i innymi smartścianami to nagle orientujemy się że mamy w sobie całe kosmosy myśli, ogromne pokłady uczuć i niezmierzoną ilość pragnień. Z przyjemnością słuchałam historii obrazów przedstawiających zimowe pejzaże, pomysłów na nowe wyprawy, wspomnień z dalekich krajów, wstępu do fizyki stosowanej, sposobu kastracji koni... Im dalej w las tym historie dziwniejsze, tym opowieści bardziej gęste, intymniejsze, mniej nadające się do powtórzenia i bardziej zapadające w serce.
Rzucaliśmy się śnieżkami, przewracaliśmy w śniegu, piliśmy magiczną herbatę i wchłanialiśmy las. Już nie w ciszy. O nie, w ciszy to można chodzić samemu, no w dwie osoby, ale nie w pięcioro! Tak jak poprzednio odkrywałam ciszę, tak teraz chłonęłam zapachy i kolory. Nie miałam zielonego pojęcia, że w nagim, zimowym lesie jest tyle zieleni. Ciemne, bezlistne jagodziny przebijały kopki śniegu, iglaste gałęzie sosen strącały z siebie lśniący w słońcu puch, niesforny, neonowo zielony mech wkraczał na ścieżkę... A wydawało się, że tutaj to tylko nagie brunatne gałęzie i biel, biel, biel.
Śnieg wygłusza wszystko, nie tylko wycisza dźwięki, on także odbiera rzeczom zapachy. Spróbujcie sami w leśnej głuszy zjeść pachnącą chlebem i mięsem kanapkę, albo pocałować chłopaka w skropiony wodą kolońską policzek, zajrzyjcie do pełnego domowych zapachów plecaka i skruszcie w ręku leśne zioło. W tej zapachowej głuszy znane Wam zapachy odurzą Was z niespotykaną siłą.
Dobrze mi było. Znów nie zorientowałam się, jak przeszliśmy 30 km. Znów po powrocie padałam jak zabita, znów nabrałam kolorów. Na cały kolejny tydzień ;)