środa, 28 listopada 2012

Szaleństwo dnia codziennego



Ciężko mi się ostatnio pisało. Jednak najbardziej lubię notować od razu, z pomysłem, bez zbytniego patosu, niepotrzebnych dywagacji, nie przejmując czyjegoś głosu. Tylko ot tak po prostu z nadzieją, z jajem, od siebie. 
Temat "Jak żyć" wśród mojego pokolenia na tyle mnie zafrapował, że musiałam coś na ten temat napisać, wyrzucić z siebie historie moich znajomych, poszukać choć trochę rozwiązania, znaleźć się samemu w tym dyskursie. Czy mi się udało? Nie bardzo. O ile temat mnie zafascynował i faktycznie podeszłam do niego metodycznie i z dużym entuzjazmem, to opisanie tego w sumie nieprostego mechanizmu w kilkudziesięciu słowach nie szło mi w ogóle. Może za mało z tematem się przespałam, może bałam się banału. Sama nie wiem. Wiem, że to nie moje. Politykowanie, narzekanie i obarczanie winą za cokolwiek kogokolwiek poza mną samą zostawiam innym.
Dziś poniedziałek. Nie znoszę wstawać, a już poniedziałkowe pobudki to masakra masakr. Zawsze wtedy wiem, jak się czują delfiny w czasie rytualnych rzezi, heretycy w czasie krucjat, moja Mama przed poranną kawą... Słowem nie znoszę. I tak się dzisiaj sobie przyjrzałam, że budzik mam zawsze nastawiony na 6:30, choć nigdy nie wstaję przed czwartym dzwonkiem-drzemką czyli ok. 7:00. Zawsze najpierw podchodzę do okna po haust porannego rześkiego powietrza. Wracając zgarniam przygotowane dnia przedniego ubranie. W łazience myje twarz i patrzę na malunkowe kosmetyki przed lustrem zastanawiając się kiedy ich wreszcie użyję. Ważę się, wciąż dziwiąc się, jak to możliwe, że nadal mieszczę się w swoje spódnice. Ubieram się i myje włosy. Potem już jest z górki. W kuchni lookam na termometr (i tak nie zapamiętam, ile jest kresek i będę musiała to sprawdzić raz jeszcze przed wyjściem wchodząc w butach do kuchni i sama się na siebie denerwując, że przecież dopiero co odkurzałam). Wracając od termometru wstawiam czajnik i włączam radio. Zawsze gra chillizet. Przygotowuję śniadanie: lurowatą, czarną herbatę i dwie kanapeczki z białym serem na pierwsze i kanapkę z wędliną, serem i sałatą na drugie śniadanie. Jem susząc włosy w pokoju - ot w ramach przekory wobec rodziców, co to zawsze się darli, że w pokoju jeść nie należy. Sprawdzam w ten sposób przydatność ich porad życiowych: jak na razie kanapa nie jest zalana a dywan zniszczony, ale możliwe, że dotychczasowa próba jest za krótka. Wysuszone włosy zwykle rozczesuję patrząc na tablice z kolczykami, dobieram jakieś najczęściej pod kolor kiecki i już zaczynam zbierać elementy dzisiejszej torebki: kanapkę, jabłko i dwa inne sezonowe owoce, obiad, rzeczy na siłkę, portfel, komórkę i klucze. Zakładam kurtkę wchodząc do kuchni w butach, by raz jeszcze looknać na termometr. Zapamiętuję kolor wschodu słońca i wierzę, że przecież nie wyszłabym niezamknąwszy drzwi.


I tak sobie myślę, czy w tej zrytualizowanej codzienności nie przydałaby mi się chwila szaleństwa... a może to właśnie szaleństwo porządku jest moim udziałem ;)



sobota, 24 listopada 2012

Gwiazdorzenie o Szopenie



Byłam pod wrażeniem przygotowania spotkania. Elegancka sala, sześciu sponsorów, rzutnik, pełna sala słuchaczy a za stołem dwóch prowadzących i gość. W tym miesiącu zaproszono profesora Roberta Gwiazdowskiego  - znanego ekonomistę, prawnika, prezydenta Centrum im. Adama Smitha. Mieliśmy posłuchać o decyzjach finansowych, przed którymi stoją młodzi Polacy. O tym jak planować studia i karierę zawodową? Jak utrzymać młodą rodzinę? Jak mądrze korzystać z pieniędzy i na co oszczędzać? A także o przedsiębiorczości i polskim systemie finansowym. Prowadzący zadawali takie pytania, jakie sama chciałam zadać. Gorzej było z odpowiedziami, których sama mogłabym udzielić... pięciolatkowi.
Dowiedziałam się, że najlepiej się bogacić gromadząc kapitał. A że kapitał pochodzi od łacińskiego caput czyli głowa, to najlepiej robić to z głową. Dobrze byłoby założyć własną firmę, jeśli mamy na nią pomysł, a jeśli nie, to chociażby namówić pracodawcę na współpracę na zasadzie wystawiania mu faktur - wówczas część pieniędzy, które pracodawca za nas płaci państwu trafi do nas. Podobno Polacy są na drugim miejscu po Amerykanach pod względem zakładania swoich działalności gospodarczych. Poza tym naszą przewagą jest nasza zaradność. Zawsze sobie musieliśmy radzić to i teraz sobie poradzimy, załatwimy, obczaimy, damy radę i pokonamy trudności. Państwo nam nigdy nie ułatwiało i raczej w najbliższej przyszłości nam nic nie ułatwi, ale czemu Wy młodzi w ogóle się martwicie? Że o pracę ciężko? No w sumie największe bezrobocie w Waszej grupie wiekowej... Że na nasze emerytury będziecie pracować dłużej niż my, a potem system padnie? Nie ma się co martwić, na pewno tak będzie... Że Wasze wykształcenie jest nic nie warte, bo magistrów od siedmiu boleści jest teraz na pęczki? Faktycznie przed wojną uczył "profesor gimnazjalny", teraz zaś "nauczyciel akademicki", a studenci zarządzania ostatnio się zbuntowali i trzeba ich prosić dodatkowo o ketchup, bo sami go do frytek nie dodają... Ale nie martwcie się. Zobaczcie, jakie macie możliwości, jak szybko w jednym okienku możecie założyć firmę, jak szybko możecie wziąć kredyt. Boicie się założyć, bo system prawny niepewny i władza bezkarnych urzędników nieograniczona? A kredytu nikt Wam nie chce dać, bo macie zerową zdolność kredytową? Cóż w takim razie chyba powoli warto przyzwyczajać się do ośmiogodzinnego dnia pracy - od ósmej do ósmej...
Profesorowi prowadzący podziękowali, na następne spotkanie słuchaczy zaprosili, rzutnik wyłączyli, krzesełka zbierać zaczęli a ja, jak przyszłam z pytaniem jak żyć, tak z nim zostałam.

czwartek, 22 listopada 2012

Marsz zawiedzionych nadziei

Początkowo zastanawiałam się, do którego marszu powinnam dołączyć. Z jedenastu imprez w stolicy cztery były warte uwagi. Od razu odrzuciłam marsz komunistów i pedałów. Ani nigdy nie byłam komunistą, ani nigdy nie będę pedałem. Chwilę zastanawiałam się czy nie pójść ramię w ramię z prezydentem. W sumie to święto niepodległości, gdzie cały naród wraz z delegatami cieszy się z odzyskanej po 123 latach niezależności. Prezydent ten czy inny występuje tu tylko w roli funkcji. W końcu zdecydowałam się na największą imprezę - Marsz Niepodległości.
Nie szłam z frustracją, nie szłam z agresją, nie szłam nawet by zamanifestować swój patriotyzm, jak moi rodzice. Szłam, bo ciekawa byłam, jak naprawdę będzie wyglądała impreza, którą w zeszłym roku telewizje pokazały w tak kłamliwy sposób. Szłam z tym antropologicznym zacięciem, z jakim patrzyłam na Amerykanów w Stanach, kibiców na Żylecie czy ornitologów liczących ptaki nad Wisłą. Czasem myślę, że powinnam jednak zostać antropologiem.
Marsz ruszył z 40-minutowym opóźnieniem. Ruszył i zaraz stanął. Mieliśmy wyjść od ronda Dmowskiego pod pałacem Kultury i dojść do pomnika Dmowskiego na placu na Rozdrożu. Przez rondo udało nam się przemaszerować. Stanęliśmy na wysokości Nowogrodzkiej. Po pierwszych minutach zgromadzenia wesołe podniecenie ustąpiło miejsca atmosferze ciągłego zagrożenia. Szwadrony policyjne stały w równym szyku na poboczach ulic, albo mijały nas miarowo wystukując ciężki butami rytm. Wokół nich kręciły się szczeniaki w kominiarkach. Całość wyglądała jak nerwowy walc: policja do przodu szczeniaki za nimi, policja do tyłu szczeniaki przed nimi. Staliśmy we trójkę pośród mijającego nas tłumu. Tata powiewał niepewnie flagą, Mama ciągnęła mnie za rękę, żebym się nie oddalała robiąc zdjęcia. A ja patrzyłam na morze flag: biało-czerwonych i tych zielonych - ONR-owskich. Słuchałam skandowanego: "Raz sierpem, raz młotem w czerwoną chołotę" i "Cześć i chwała bohaterom" i wiedziałam, że TO NIE JEST MÓJ MARSZ. Szukałam w tłumie przystojnych chłopaków - znajdowałam zaciśnięte usta i pieści. Szukałam w tłumie wesołych dziewczyn - znajdowałam twarze wystraszone lub niezmącone myśleniem. Przyszłam z nadzieją na usłyszenie hymnu śpiewanego przez tysiące serc, a usłyszałam wulgarne darcie mordy do tuby. Chciałam poczuć atmosferę uniesienia, a poczułam się jak na polu walki. W powietrzu unosił się słodkawy zapach palonej trawy i gryzący dym odpalanych rac świetlnych.
Nagle z głośników usłyszeliśmy:
-Tu policja... - resztę zagluszylo wycie i skandowanie:
- Po-li-cyj-na pro-wo-ka-cja!
W stronę umundurowanych posypały się kostki brukowe, policja odpowiedziała gazem i pałowaniem. Nie lubię widzieć przerażenia w oczach Mamy. Nie lubię kiedy ona, w sumie nieduża i krucha próbuje mnie chronić, choć nie ma możliwości. Zarządziliśmy ewakuację.
Szczerze powiedziawszy nie interesuje mnie kto zaczął, nie chce mi się szukać winnych, dopatrywać się w amatorskich filmikach prowokatorów, patrzeć kto pierwszy rzucił kostką, a kto pierwszy spałował. Dziś już podchodzę do tego z dystansem, ale w dniu marszu było mi cholernie wstyd. Przed rodzicami, że pierwszy raz od czasu antykomunistycznych manifest, kiedy wyszli by być dumnymi ze swojego kraju przywitała ich rozwydrzona gównarzeria i uzbrojona w gładko lufowe karabiny mi... to znaczy policja. Było mi wstyd, że atakujący nosili barwy stołecznego klubu piłkarskiego a już najbardziej, że znowu w świat poszła informacja, że potrafimy się jednoczyć tylko w sytuacji zagrożenia suwerenności, w innych zaś sytuacjach nawet tej suwerenności nie potrafimy świętować.
Na marszu nie znalazłam odpowiedzi na moje pytania. Po powrocie do domu na skrzynce zastałam natomiast maila: OTWÓRZmy OCZY: prof. Robert Gwiazdowski "Decyzje finansowe młodych Polaków". Następnego dnia wybrałam się zatem na wykład.



sobota, 17 listopada 2012

Remedium?

Rozmawiałam z pokoleniem starszym, porozmawiałam i z moim. Wyszło mi, ze zamieniliśmy normalną komunikację na esemesowe znajomości. Na portalach, forach, facebookach, twiterach i innych smart komunikatorach najwięcej lajkow zbiera ten, kto strzeli, krótką ciętą ripostę. Im ostrzejsza brzytwa tym szacun większy. Nie na tu miejsca na zastanowienie, na pełne wyważenia dyskusje, na określanie emocji, na smutek egzystencjalny i trudną do nazwania niepewność. Wszystko wyrazić trzeba jedynie poprzez kombinacje dwukropków i nawiasów. Kumulujemy więc w sobie emocje, nie pozwalamy sobie na gorszy nastrój, nie dzielimy się ze sobą przeżyciami. Powoli zamykany się sami ze sobą w naszych smart więzieniach.
A z drugiej strony przecież wszystkiemu winny jest rząd. Obiecywano nam sto milionów, obiecywano zielona wyspę, mamiono wizją mieszkań dla młodych i tabletów w szkołach. Zamiast tego dostaliśmy 23% VAT-u i obowiązek pracy do 67. roku życia. Ktoś rzucił: "Wszystkiemu winny jest rząd! Idź na marsz niepodległości. Niech coś się wreszcie zmieni". Poszłam.




czwartek, 15 listopada 2012

Innymi oczami

21:33 Chałabała: Jak Ci się czytało?
21:34 Marcin: Ostatnią notkę? Cóż... Ja bym nie generalizował "pokoleniowych" sądów na podstawie 10 swoich znajomych. No ale cóż dziennikarstwo ;] "Chcemy ajfonów" mi się najbardziej podoba :]
21:35 Chałabała: No widzisz znaczy się słabe dziennikarstwo ;)
21:36 Marcin: Nie, słabe nie jest, zdania są ładnie napisane. Gorzej z metodyką. Uogólnienia jak dla mnie za duże? Zupełnie nieuprawnione.
21:37 Chałabała: Ok, rozumiem. A co myślisz w ogóle o temacie?
21:38 Marcin: Myślę, że mamy innych znajomych. Ja znam 2 singli i może nieco więcej "singielek" ale i tak zamyka się to w jakiś 20%
21:39 Chałabała: Moja grupa była dość jednorodna stąd mogłam wyciągać wnioski. Oczywiście masz rację i nie można na podstawie rozmów z dziesięciorgiem znajomych tworzyć uogólnień na całe pokolenie. A jednak wydaje mi się, że udało mi się złapać jakiś rys społeczny - powtarzalny schemat zachowań. Coś,  co widać gołym okiem, nie bardzo wiadomo z czego wynika i co z tym zrobić. Zauważasz to w swoim środowisku?
21:41 Marcin: Nie.
21:45 Chałabała: Naprawdę nie masz wrażenia, że dzieje się na naszym poziomie coś innego niż na poziomie naszych rodziców: że coraz dłużej się uczymy (cholera wszyscy już teraz robią te doktoraty), mało zarabiamy (no bez kitu naprawdę stać nas z takimi głowami na więcej) i coraz mniej szczęśliwi jesteśmy (w sumie u tych psychologów to z jakiegoś powodu jesteśmy)? I nie wydaje mi się, żeby moi znajomi byli jakoś specyficzni. Ot po prostu wycinek społeczeństwa.
22:03 Marcin: Wśród moich znajomych: mniejszość robi doktoraty (<10%), nikt nie chodzi do psychologa (może sie nie przyznaje?), kilku zarabia w okolicach 10 000 pln/miesiąc. Może faktycznie mam kontakt z innym wycinkiem społeczenstwa ;] Poza tym głowa z zarobkami nie zawsze idzie w parze, zwłaszcza w naszym kraju. Jeśli natomiast chodzi o długośc nauki, cóż. Magister dziś coraz mniej znaczy, magistrów są miliony, statystyczny polski magister w porównaniu z zachodnim kolegą wypada blado, itp., itd. stąd coraz więcej doktoratów, normalna sprawa.
21:42 Chałabała: Normalnie załączę tę rozmowę jako komentarz. Mogę?
21:43 Marcin: Możesz zamieścić, masz moje zezwolenie :] Kurcze, ale ja jestem jednak istotny gość, wzrośnie mi wskaźnik cytowań ;]

A Wy co myślicie o temacie?

wtorek, 13 listopada 2012

Pokolenie 1500


Niektóre tematy dojrzewają we mnie powoli. Część rodzi się z własnych przemyśleń, część wynika z rozmów z otaczającymi mnie ludźmi. Ostatnio rozmawiałam wiele ze znajomymi. Mamy podobne problemy, więc i rozmowa często schodzi na podobne tematy. Wzięliśmy na tapetę finanse. "Mini sondę" zrobiłam na 10 znajomych. Wszyscy jesteśmy singlami, mamy co najmniej wykształcenie wyższe, mieszkamy poza domem rodzinnym, mamy około 30 lat i praca, która wykonujemy nie jest naszą pierwszą. Wyszło mi, że zarabiamy między 1600 a 3500 zł. Życie (mieszkanie, jedzenie, net, telefon, dojazdy) natomiast kosztuje nas średnio 1500 zł. W ramach dodatkowych wydatków, jak jeden mąż, wymieniamy: sport, jedzenie na mieście, piwo ze znajomymi, wakacje i... psychologa. Tego ostatniego nie wymieniły tylko 2 osoby. I tak mi się to zaczyna składać w ciekawą całość.
Coś jest nie tak z moim pokoleniem. Wśród pokolenia moich rodziców ludzie też chodzą do psychologów, ale są to sporadyczne przypadki (choroba alkoholowa, nieumiejętność poradzenia sobie ze śmiercią współmałżonka, przewlekła choroba, etc.). My zwykle zmagamy się ze zwykłą depresją.
Zapytałam pokolenie wyżej, jakie mogą być tego przyczyny. Powiedziano mi, że "w dupach nam się poprzewracało". I to jest racja. Możemy wszystko. Tanie loty za granice zaczynają się od złotówki, możemy studiować i pracować w każdym miejscu niezależnie od naszych preferencji politycznych czy pochodzenia rodziców, sklepowe półki uginają się pod ciężarem oferowanych dóbr, a my raczej mamy trudność z wyborem niż dostaniem towaru.
Powiedziano mi, że nasze cele są różne od celów pokolenia naszych rodziców i o wiele trudniejsze do zrealizowania. Rodzice nie troszczyli się o pieniądze, które każdego dnia przedstawiały inną, choć zawsze znikomą, wartość, nie troszczyli się o prace, która była na każdym rogu, niemożliwe do dostania paszporty, o wykupowane za bezcen mieszkania ... Pragnęli siebie na wzajem, pragnęli rodziny, dzieci, kontaktu ze znajomymi. Czego mu pragniemy? Skoro możemy mieć wszystko, to wszystkiego też chcemy. Chcemy ajfonow, wyjazdów, mieszkań.... Chcemy stałej pracy, dzięki której będziemy mogli osiągnąć nasza mała stabilizację.
Powiedziano mi wreszcie, że nie mamy żadnego celu. Okupacja się skończyła i nie mamy już z kim walczyć, komunizm się skończył i nie mamy komu stawiać oporu, dziki kapitalizm... oh wait. Czy możemy stawić czoło dzikiemu kapitalizmowi, który powoli przemiela nas w swoich żarnach? Może możemy. Najpierw musielibyśmy jednak wyjść spod naszych kocy i kupić niezłe garnitury, żeby dostać wreszcie pracę, która da nam naszą małą stabilizację. Ach cholera pieniądze na garniak poszły już na psychologa...