Zmęczona jak niebożę piję kawę w moim własnym domu. W Warszawie ;)
wtorek, 31 lipca 2012
poniedziałek, 30 lipca 2012
I Znów Lotnisko Nocą
Dziewczyny przyleciały późną nocą, a wylatują w zasadzie już rankiem. Właśnie wsiadają już do pierwszego z trzech samolotów, a nad LAX dopiero niebo sie zaczyna rozjaśniać...
Pożegnania były trudne - chyba bardzo sie do siebie przyzwyczailiśmy, bo każdy z nas odczuwa coraz to głuchszą ciszę i przepełniającą pustkę. Dlaczego ten czas tak szybko leci?
Pożegnania były trudne - chyba bardzo sie do siebie przyzwyczailiśmy, bo każdy z nas odczuwa coraz to głuchszą ciszę i przepełniającą pustkę. Dlaczego ten czas tak szybko leci?
Wracamy
I znowu musiałyśmy się spakować, zestresować, odczekautować przez neta i mieć tylko 2 h na sen przed podróżą. Trzymajcie za nas kciuki. To już za momencik, już za chwileczkę będziemy pili kalifornijskie wino na warszawskiej Pradze ;)
środa, 25 lipca 2012
Las Vegas - niebo do wynajęcia
Do Vegas wjeżdżaliśmy od zachodu. Przejechaliśmy w miarę szybko przez strip, czyli główny deptak miasta hazardzistów. Powitał nas ciąg sklepików w nieprzypadkowej kolejności: z tatuażem, ze streapteasem, z salą ślubną, z poradnictwem dla rozwodników… Przypomniały mi się Nowolipki z sexshopami, sukniami ślubnymi i ubrankami do chrztu. Nasz hotel znajdował się na samym końcu ulicy. Weszliśmy, zapłaciliśmy, nacisnęliśmy przycisk w windzie, potem klamkę od pokoju.
Panie i panowie cóż to był za widok!!! Kasia wcisnęła jeszcze jeden przycisk – muzyka zaczęła grać, a my zaczęłyśmy skakać jak oszalałe. Myślałam, że się posikam ze szczęścia. Maki wyszedł z łazienki i zobaczył trzy panny w krótkich kiecuszkach podskakujące na tle rozświetlonego neonami miasta widzianego z 28. piętra. Szybki prysznic, wybalsamikowanie po ewidentnie za mocnym słońcu i ruszyliśmy na miasto.
Oh, na miasto to za dużo powiedziane. Najpierw musieliśmy się wydostać z hotelu. Żeby się wydostać z hotelu musieliśmy wydostać się z kasyna. Żeby wydostać się z kasyna… z niego nie dało się wydostać. Zatrzymywało Cię tu wszystko. Perfekcyjnie dopasowane detale, głośna muzyka, brzęczenie automatów, kamery udające żyrandole, miękkie wykładziny i imitacje. Wszędzie imitacje. Ściany wyglądające jak z marmuru, blaty stolików podobne do szklanej mozaiki, sufity przypominające niebo… Prawie robi jednak wielką różnicę. Jedyne, co tutaj jest prawdziwe, to ludzkie emocje, albo ich brak. Największe emocje widać na twarzach mężczyzn grających w pokera, nieco mniej, w oczach kobiet stojących wokół ruletki, starzy ludzie okupujący maszyny nie okazują żadnych emocji. Po pierwszych 15 minutach wszystko przestaje ich interesować. Wpinają swoje karty kredytowe w głodne sloty i klikają z pustym wzrokiem w ogromne klawisze. Czy wygrywają? Pewnie tak, choć ja nie widziałam nikogo, kto zgarniałby brzęczące monety. Toalety są tutaj niedaleko, bary dookoła stołów, palić możesz na miejscu, a cycate blondynki wciąż donoszą Ci drinki. Nie ma sensu, abyś wychodził z tego miejsca. Przecież tutaj jest tak bezpiecznie… A poza tym schody ruchome, te w górę, są akurat popsute, do wind zaś nie ma strzałek. No i nikt Ci nie przeszkadza. Jesteś sam na sam ze swoją maszyną, bezkształtnym krupierem, tablicą ze sportowymi wynikami. Nie ma sensu, abyś wychodził z tego miejsca. Przecież tutaj jest tak bezpiecznie…
Cudem trafiliśmy do wyjścia i to nie z naszego hotelu, tylko z hotelu obok. Wciąż się zastanawiam, czy gdyby nie uprzejma babka w pizzerii to do tej pory nie błądzilibyśmy w ciągu hotelowo-kasynowym.
Na dworze było duszno i gorąco. O pierwszej w nocy termometry w srajfonikach pokazywały nam wciąż 35 stopni. Jak to jest możliwe?! Nie mam zielonego pojęcia, ale wiem, że taka pogoda nie tylko rozmywa makijaż, ona rozmywa zmysły. Po pół godzinie przestajesz zwracać uwagę na krótkość kiecek wymalowanych panienek, nie czujesz już rozbierających się pijanych gości wieczoru kawalerskiego i nie słyszysz nawołujących na najlepsze-cycki-w-mieście gości w poplamionych cholera wie czym koszulkach. Kluby, bary, showy, sale konferencyjne, kasyna, restauracje, hotele mijasz je wszystkie mając nadzieję na genialne pokazy fontann pod Bellagio. Pokazy są krótkie, a Ty po przejściu niebotycznej odległości 2 km, i wypiciu prawie bezalkoholowej, choć metrowej margerity, masz ochotę już tylko na łóżko. Własne łóżko.
Rano Vegas prezentuje się zgrabiej. Jest tak samo gorąco, ale przynajmniej rozumiesz, że upał pochodzi od słońca a nie nie wiadomo skąd. Rano Meksykanie sprzątają ulice z ulotek najlepszych-cycków-w-mieście, kebebów, które nie do końca się przyjęły, cekinów, które odpadły, gdzieś w ciaśniejszych zaułkach miasta… Meksykanie wymieniają się znaczącymi uśmiechami i kolejnymi rekordami. Reszta siedzi na basenie. I to jest akurat super.
Pływasz bracie do góry brzuchem w basenie przypominającym wciąż płynąca rzekę. Utrzymujesz się na fali, oddychasz lekko, uszy masz zanurzone pod wodą, żeby nie słyszeć drących się w niebogłosy szczeniaków, raz na jakiś czas z góry spada na Ciebie chłodny wodospad, nie ruszasz niczym, a nad głową przesuwają Ci się na przemian zielone palmy i niebieskie niebo. Odpoczywasz…
Potem jednak trzeba wyjść z basenu i znowu jest upał, za drogie butiki, knajpki ze słabym żarciem i imitowanym wystrojem, eleganckie laski z bezczelnie sztucznym biustem i grubi faceci obcinający Cię wzrokiem. Pijesz zimne smoothies i wiesz, że nie masz już czego szukać w tym mieście.
Hoover Dam i Mead lake - gorąco, goręcej, Kalifornia
Od rana było nam gorąco. Już rano,
kiedy wyjeżdżaliśmy z Saint George, mieliśmy jakieś 33 C na liczniku. Przejazd
przez pustynie tylko podniósł liczbę do 39. Zmieniliśmy zatem trasę i zamiast
najkrótszą drogą przez autostrady polecieliśmy południowym objazdem przez dwa
parki krajobrazowe położone nad ogromnymi jeziorami. W jednym z nich skąpaliśmy
się niecnie.
Przez stojącą, nagrzaną do
nieprzyzwoitości, wodę momentami przepływały chłodne prądy. Zawsze kiedy
wyczailiśmy takie miejsce, Maki już w nim się chłodził. Mimo że woda była
przyjemnie ciepła, miała niespotykaną przeźroczystość. Pode mną były ze dwa
metry głębokości, a ja doskonale widziałam piaszczyste dno i ostre wodorosty –
na pustyni nawet wodorosty wyglądają jak kaktusy. Chlapaliśmy się jak dzieci –
Małgosia skakała na główkę, Maki nurkował w poszukiwaniu chłodu a ja leżałam na
tafli łapiąc ciepłe promienie – kąpałam się w wodzie i słońcu ;)
Chwilę później zorientowaliśmy się,
że jezioro Mead lake, które sprawiło nam tyle radości kończy się wielką tamą –
Hoover Dam. Upał, który nas tam dopadł nie da się porównać z niczym co czułam.
Nawet w Dolinie Śmierci było łatwiej oddychać. Niby wody dookoła dużo, niby
elektrownia wodna, niby wcale nie jakoś nisko, a jednak gdyby nie te maleńkie
wodopoje nie doszłabym na drugą stronę zapory. Czy warto było się tak katować
dla gigantycznej ilości betonu? A może dla widoku nowo wybudowanej nad tamą
autostrady? Dla zegarów pokazujących czas w Newadzie i Arizonie? Hmm… Dla
idealnie równiej tafli wody przechodzącej niezauważalnie w błękit nieba na
pewno tak;)
Subskrybuj:
Posty (Atom)































