czwartek, 13 czerwca 2013

Powrót do niewinności

W Tatry najczęściej wyjeżdżaliśmy z Tatą i bratem na Boże Ciało. Robiliśmy to przez wiele lat pod rząd. W samochodzie słuchaliśmy mszy, z Zakopanego szybko wychodziliśmy do najbliższego schroniska. Spaliśmy na podłodze, na karimatach, w śpiworach, które Tata dzielnie nosił na plecach. Do łazienki w nocy chodziliśmy z latarkami (wówczas jeszcze wyłączano prąd po 22), myliśmy się w obskurnych łazienkach w zimnej wodzie. Cieszyliśmy się tym, że Mama nie krzyczy, żeby jeść albo zakładać czapkę. Tata opowiadał nam, który szczyt jak się nazywa i jak wygląda świstak. Potem zaczęli dołączać do nas znajomi. Któregoś roku nawet Mama z nami pojechała. Nie minęło wiele czasu i sama zaczęłam organizować wypady w góry. Opowiadałam potem po powrocie, gdzie byliśmy, co przeszliśmy. Ku mojemu zdziwieniu zorientowałam się, że odtwarzam w pamięci panoramki, tłumaczę na którym zboczu siedziały świstaki. A potem, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, wyrosłam z polskich Tatr.

Zakochałam się miłością absolutną i totalną w Tatrach słowackich. Mezalians trwał dobre trzy lata. Potem przeskoczyłam w Beskidy, ale i je przeszłam wszerz i wzdłuż. Bieszczady? Od podstawy do czubeczków. W zeszłym i w tym roku łazikowałam po Karkonoszach. Czuję, że już ciągnie mnie dalej. Zaczynam marzyć o ukraińskiej Połoninie Równiej i o rumuńskich Karpatach. Marcin trochę podpowiada Kaukaz. Jest jeszcze trochę tych gór.

I oto nagle znów w tym roku wylądowałam w Tatrach. Wróciły wspomnienia i smaki z dzieciństwa. Wróciły pytania młodzieńcze i trudne rozmowy o rzeczach najważniejszych. Znów zaczęłam aktualizować niektóre poglądy, przyglądać się swoim planom i pragnieniom. Coś się stało w tych górach. Do czegoś się chyba sama przed sobą przyznałam, czy coś mnie oświeciło. Cholera wie. Czuję, że to początek czegoś większego.














Boże Ciało w Tatrach...

- To słuchajcie, może jutro pójdziemy na 7:30 na mszę, potem na procesję i w góry, np. przez Grzesia, Wołowiec aż po... o wychodzi mi jakieś 12 h marszu.

- Świetna ta procesja. Widziałeś te kierpce? A te kwiatowe kiecki? Albo tamte pasy na spodniach?
- Genialny jest ten folklor. Wiedziałaś, że to najwyżej odbywająca się procesja w Polsce?
- Aha, spójrz jeszcze na muszelki na kapeluszach i koralowe kolczyki i...

- Ciekawe ile razy nas jeszcze zmoczy?
- Nie wiem, ale ja też mam już dosyć tego ciągłego przebierania się.
- Uf i chyba dawno nie byłam już w Tatrach. Zapomniałam trochę, że uf tu tak stromo.
- Chodź, chodź, bo znów jesteśmy ostatni...

- Z dołu te ośnieżone szczyty wyglądały jak posypane cukrem pudrem. I jakość  tak fajnie przewalały się nad nimi chmury.
- Kurde jak zimno. Zaraz nas zwieje ten cholerny wiatr. I jeszcze ten lód. Nie wiedziałem, że mgła tak szybko może przeradzać się w kryształki lodu. W sumie to już weszliśmy na grzbiet. Może nie ma co iść dalej. I tak w tym mleku nic nie widać. A w domu czeka na nas ciepłe kakałko...

- Czemu tu nie ma łańcuchów?!

- Wow, jaki widok!!! Niesamowicie wygląda ten Jarząbczy. I Kończysty się wyłonił, i Starorobociański i Błyszcz i Bystra. Genialna sprawa. Dobrze, że jednak poszliśmy;)

- Bolą Cię nogi.
- Trochę.
- A kolana? 
- Trochę bardziej.
- Chcesz jutro zostać trochę w Zakopanym?
- Dziewczyno!


- To słuchajcie, może jutro wstaniemy o 6:30...





























W drodze do Zakopanego...

- Damy radę się zapakować w taki malutki samochodzik? 
- Pewnie, musisz tylko przesunąć nogę o tutaj. Plecak postaw tuż koło butli z gazem, a pojemnik z jedzeniem to może warto żebyś wzięła na kolana?
- Dawno się nie czułam tak wyprzytulana, chyba nie ma powierzchni ciała, która nie przylegałaby do czegoś...

- To mówisz, że w społeczeństwie obywatelskim jest miejsce na partykularne potrzeby jednostki?
- Oczywiście, choć zwykle jednostka podporządkowuje je dobru ogólnemu. Nasze społeczeństwo dziś to zlepek indywidualności, gdzie każdy dąży do swoich celów. A przecież w miłość bliźniego wpisane jest i poświęcenie dla drugiego i czasem twarde, wychowawcze słowo.
- Rozumiem, że społeczeństwo obywatelskie rozumiesz jako społeczeństwo zbudowane na bazie katolicko-narodowościowej. A co z tymi, którzy inaczej podchodzą do tematu?
- Wiesz, zawsze warto się za nich modlić...

- Wykończyła mnie ta podróż, normalnie nie doniosę bagażu do pokoju.
- O zobaczcie zostało jeszcze trochę szarlotki.
- Patrz, mam jeszcze wolną rękę...













czwartek, 6 czerwca 2013

Kopce Krakowa


Nie pamiętam już w sumie, jak znaleźliśmy się w zaułku św. Marcina. Hmm w sumie to nie pamiętam też, jak z niego wyszliśmy;) Może ten zaułek to jakaś czarna dziura. Wchodzisz doń i zapominasz o bolących nogach, o codziennych troskach, o wszystkich głupotach. Pamiętam za to uśmiech Asi, cięte riposty Marcina, niecodzienne opowieści Rzepy, tembr głosu Horhe, pełny biust kelnerki, kolczyki bruneta ze stolika obok, czerwone szpilki pań, które koło nas przechodziły i pyszne piwko. Mocno po północy rozemocjonowaną, roześmianą odprowadzili mnie do hostelu. Jak to dobrze, że tu wszędzie jest blisko. Od natłoku wrażeń wciąż wirowało mi w głowie, gdy kładłam się spać.

Kolejny dzień był równie intensywny. W sobotę przeszliśmy Kraków od północy na południe, w niedzielę ze wschodu na zachód. Mszę mieliśmy o 9 rano u Dominikanów. Na ołtarzu Bóg ojciec siedział wraz ze swoim Synem i przyglądali mi się dziwnie. W sumie ja im podobnie. Kto to widział, żeby się nie starzeć względem syna?!

Truchtem przebiegliśmy przez Zwierzyniec wyobrażając sobie, jak wygląda tu coroczny jarmark Emaus. Na Salwatorze miałam wrażenie, że jakoś magicznie znaleźliśmy się na Saskiej Kępie. Wspinaliśmy się wzdłuż jednorodzinnych domków otoczeni zewsząd zielenią. Nic dziwnego, że wszyscy marzą by tu mieszkać. Z kopca Kościuszki zobaczyliśmy całe miasto. Nie mogłam już tylko dopatrzeć się zalewu Bagry, gdzie wczoraj łopotały bielutkie groty żaglówek.

Powoli zaczęliśmy robić coraz dłuższe przerwy, aż w końcu zalegliśmy pod kopcem Piłsudskiego. Przy tak pięknej pogodzie zeszło się tu chyba całe miasto. Na kocyku szczupła blondynka równomiernie wystawiała plecy do słońca, z gracją poprawiając opadające na książkę okulary, jej chłopak chrapał obok. Tak bardzo mu zazdrościłam ;) - na górze kopca panował nieznośny upał. Wyczaiłam zatem Zalew na Piaskach i stawy rybne na Kryspinowie, lotnisko w Balicach (świetnie wyglądają lądujące tu samoloty) i naszą wczorajszą trasę.

Szybko przeszłam test z topografii Krakowa, dmuchnęłam ukradkiem w odpustowy wiatraczek pani, która stała obok i już chciałam na dół. Zwłaszcza, że u podróży góry, na Bielanach, tuż koło klasztoru rozpoczął się odpust.

Nie potrafię opisać towarzyszącej mu radości. To po prostu trzeba zobaczyć i poczuć. Ja nie wiedziałam na czym skupić wzrok. Te różki kolorowych cukierków, te błyszczące wiatraczki, pistolety na kapiszony i wielokształtne baloniki na drucikach, oh i jeszcze takie śliczne pierścioneczki z różowym oczkiem z złota nieścieralnego. A to wszystko przy smakowitym zapachu przypiekanej karkówki i niedającym się z niczym pomylić zapachu waty cukrowej. Gwar, rejwach, przepychanki i cały ten radosny tumulut uspokajał się w momencie przekroczenia bramy Kamedulskiej. 

W klasztorze panowała cisza i przyjemny chłód. Miałam szczęście. Na zielone świątki wpuszczali też kobiety. Przyznaję, że to dziwne miejsce, gdzie normalnie nie wpuszcza się spódnic, bo mogą rozpraszać. To tak jakby miały mnie rozpraszać silne ramiona, mocne dłonie czy sprężyste łydki… no dobra, może i coś w tym jest ;)

Wracaliśmy już autobusem. Z tylnego siedzenia dochodziły wieści, o tym, że Wisła niechybnie rozgromi dziś Cracovię. Jakoś niespieszno mi było tłumaczyć, że to przecież i tak Legia zawsze będzie na tronie i to w podwójnej koronie ;) Szybka pizza i już siedziałyśmy z Kingą w pociągu powrotnym. Po trzech godzinach, kiedy wysiadłam w mojej ukochanej Warszawie, w samym jej sercu, pod jaśnie panującym Pałacem Kultury pomyślałam tylko: Boże, jak tu brzydko ;)