sobota, 20 września 2014

Rysianka

Dzień 6: Schronisko na Przysłupiu-Barania Góra-Radziechowska Magurka-Węgierska Górka-Żabnica-Hala Rysianka

Dziś najdłuższy dzień. Wstałam o 7, chapnęłam wczoraj zrobioną bułę z pasztetem i uściskałam Krakusów (przeżegnali mnie ciepło, jak nie patrzyłam wrzucili do plecaka gorący kubek i słodkiego batonika, tak bardzo po rodzicielsku, jakoś mi ich będzie brakowało;) O 8 zalałam wrzątkiem termos i wyskoczyłam ze schroniska, modląc się, żeby to już był ostatni deszcz. Chyba mam jakieś chody na górze, bo przez cały dzień chmury były bardzo nisko, ale nie spadła z nich nawet kropla deszczu. Na Baranią podejście bardzo łatwe, po niecałej godzinie wiało mi już w uszy na wieży widokowej. Wieża powinna się nazywać niewidokowa. Po drodze widziałam rysia, wilka i dwa jelenie. A może to tylko pieńki we mgle.
Zejście straaaaasznie dłuuuugie. 4h w dół i dół i w dół. Zziębnięta i wilgotna od chmur wylądowałam w Węgierskiej Górce. Obiecywałam sobie kawę, Gorącą, mocną kawę z bitą śmietaną. Zapomniałam o kawie, jak tylko wjechały na stół flaczki. Gorące,  pożywne flaczki ze świeżą pajdą chleba. Zadzwoniłam w dwa miejsca, spojrzałam na mapę, kupiłam na jutro śniadanie i z 5 minut odpoczynku zrobiło mi się 1,5h. Jak to jest możliwe?! Pogoda niewyraźna, do najbliższego schroniska 4h. Zmieniłam plany, złapałam stopa i zamiast czerwonego wybrałam zielony szlak. 2h i miałam być w ciepłym schronisku. Męczyłam się jak nie wiem, zastanawiałam się, czy przypadkiem nie usnąć gdzieś w malinach. Po drodze spotkałam Ślązaków z Rybnika powiedzieli, że podejście pieruńskie, Ślązacy z Katowic splunęli, że jebuckie, chłopak z Błonia coś mówił o francowatej drodze a ja... ja to już nawet nie miałam siły kląć. Co mnie podkusiło żeby skracać drogę o 2h wybierając to cholerne podejście przecinające wszystkie możliwe poziomice!? Na miejscu byłam ok 17. Doszłam na ostatnich nogach.
Zimny prysznic, rozłożenie mokrych rzeczy na łóżku i już siedzę w jadalni z kiełbasą z rusztu. Na deser kroi się ciasto ze śliwkami i kruszonką i grzane wino. Jutro już schodzę, więc mogę sobie pozwolić na deser. W sumie dość długą trasę zrobiłam. Może jutro uda mi się ją podliczyć. Planuję wyjść po 9, tak żeby na 12 być na mszy pod Halą Miziową, a potem to już tylko w dół do granicy i stop do Żywca ;)













piątek, 19 września 2014

Przysłup

Dzień 5: Schronisko na Stożku-Przełęcz Kubalonka-Schronisko na Przysłupiu

Wysypiam się jak basza. Najmniej spałam tutaj 10h. O 21:30 śpię już snem sprawiedliwego, o 8 rano za to jestem trzeźwiutka jak nigdy. Dwie kromki na śniadanie, buła na drogę, kawa nad mapą, Krakusy poczęstowały batonikiem, siadają im nogi i częstują mnie czym popadnie, dobre Krakusy gdzieś spod Balic;) Dziś wietrznie i gorąco. Do przełęczy Kubalonka przeleciałam jak wiatr. Po drodze grochówka z chlebem. Wylizałam miseczkę do czysta. Świeże powietrze i trochę ruchu robi swoje. Chapnęłam jeszcze po burżujsku dwa oscypki z żurawiną na gorąco :) W drodze do Przysłupu cała masa drobnych przyjemności. A to zielarka ukryta w krzakach, a to starsze małżeństwo zagadujące ciepło, a to jeżyn od groma. Krakusy mówią, że to ostrężnice, ale oni i na prawilne jagody mówią brusznice. Minęli mnie też chłopcy na rowerach. Życzyłam im pełnego garnituru zębów i na dole. Uśmiechnęli się jeszcze swoimi od ucha do ucha;)
W schronisku usiadłam już o 15. Nie było jednak jak iść dalej. Do najbliższego noclegu jakieś 5h, a o 19 robni się ciemno. Zostawiłam zatem trasę na jutro. Może uda mi się przeskoczyć za Węgierską górkę na Słowiankę albo na Halę Rysiankę. Tak czy inaczej kroi mi się wycieczka ośmiogodzinna. Zobaczymy czy wstanę o 7 rano;)
Na Przysłupie nocleg za 25 zł, dopłata za pościel kolejne 10. W nosie i tak wszystkie ciuchy idą po jutrze do prania. Schronisko tanie to i ludzi masa. Na sali sama młodzież, jakieś 11 osób. Wszyscy jak jeden mąż piją piwo. Sama bym wypiła. Diabli nadali ten antybiotyk. Mało ludzi mijam na szlaku. Najczęściej jakieś dwie, cztery osoby. Dziś może ciut więcej - piątek w sumie, weekend się zaczyna. Nie sądzę jednak żebym spotkała więcej niż dziesięć osób. Gdzie ci studenci?! Napisałam to i poczułam się staro. Czy to możliwe, żeby w przeciągu 8 lat, czyli od czasu, kiedy się obroniłam studenciaki przestały chodzić po górach? Co oni wszyscy teraz mają kampanię wrześniową? A może praktyki robią, biznesy kręcą? A może im się po prostu nie chce? To jak w takim razie teraz studentki sprawdzają swoich studentów: czy im plecak podadzą, czy wieczorem przyniosą żurek z okienka, czy dobrym słowem na trasie wspomogą? Po kawiarniach się szlajają, czy też to nieśmiertelne kino katują? Eh nuda.
Dobrze iść w góry. Nawet samej. Dziewczyna sama w górach rodzi instynkty opiekuńcze. "- Nie siedzi Pani tak na gołym kamieniu, toż to wilka można dostać." "- A gdzie to panienka tak sama zmierza? Lepiej zostać tu w schronisku, bo zmoczy jak nic." Dobrze mi się samej idzie. Wiadomo, nie ma co się dosiadać do wiejskich pijaczków na mamrota czy innego patyka. Wiadomo, nie ma co po nocy schodzić do miasta. Wiadomo, nie każdego stopa się bierze. Ale poza tym to sama przyjemność. Po górach źli ludzie nie chodzą, bo im się zwyczajnie nie chce. Raczej spotyka się takich samych turystów jak my. Takich co i plastrem na nogę wspomogą i kawą poczęstują i czekoladą się połamią. A poza tym o nic nie trzeba się martwić. Nic nikogo nie boli, nikomu nie jest zimno, nikt nie opóźnia wyjścia i nikt nie gada nad uchem przez całą drogę. A propo gadaczy. Zgadnijcie, kto właśnie wchodzi do schroniska. Zgadnijcie do kogo ich dokwaterują. Tak się już do nich przyzwyczaiłam, że nawet wyglądałam Krakusów na trasie. Jakoś żal mi było żylakonogiej Krakuski na tym ostatnim podejściu. A co tam miejsce im też już w pokoju zrobiłam:) Toż to ostatnia noc. Jutro już wracają pod swoje Balice. Może im przyjemność zrobię i na zieloną noc wysmaruję ich pastą - odmłodnieją i poczują się jak na koloniach;)
Przyjście o 15 do schroniska ma też swoje zalety. Udało mi się uprać pół plecaka, znaleźć powrotny blablacar, zjeść schabowego i kąpnąć się w gorącej wodzie. Kolejny raz doceniam małe przyjemności. Po całym dniu w ciężkich butach stopy w japonkach tańczą salsę, luźne łydki błyskają w popołudniowym słońcu, plecy prostują się w każdą stronę, a dłonie, które już nie muszą trzymać kijków, trzymają kubek ciepłej herbaty. Mam sucho i ciepło, jestem umyta i najedzona, a na kolanach siedzi mi czarno-biały kot. Czy można chcieć czegoś więcej?:)















Stożek

Dzień 4: Schronisko na Równicy-Ustroń-Wielka Czantoria-Soszów-Wielki Stożek

Dzień zaczął sie marnie. Spałam snem niespokojnym. Śniły mi się rozstania i powroty, zapomniane urodziny i ciężkie konflikty. W nocy padało i deszcz tłukł o blaszany parapet za moim oknem. Wstałam jak poobijana. Trzeci dzień, dzień przesilenia, przywitałam jak kupka nieszczęścia. Jak najszybciej chciałam zostawić wraże schronisko za sobą. Pośpieszyłam się na tyle, że zostawiłam w nim ulubiona bluzę. Może choć gospodarz ją prześle pocztą. 
Zejście do Ustronia to sama przyjemność. Za to podejście pod Czantorię mordęga. Dwie godziny pionowego podejścia wzdłuż stoku narciarskiego. Nie minął mnie nikt podchodzący pod górę. Wszyscy wjeżdżali wyciągiem krzesełkowym i schodzili wzdłuż stoku. Nie zazdroszczę ich kolanom. Na górnej stacji kolejki zrobiłam sobie popas. Zdjęłam buty, ucieszyłam się, że pokonałam trasę w czasie o 20 min krótszym. Posiedziałam na mokrej trawie, popatrzyłam na mapę. Tak, do szczytu było jeszcze 20 min;) Dobiłam więc i do szczytu. Na górze pepiki zbudowały wieżę widokową. Widok wart z pewnością więcej niż 6zł. Zostałabym tam najchętniej na noc, ale wiatr podnosił włoski nawet na gładkich łydkach. Rada nie rada zlazłam i podreptałam w dół do Przełęczy Beskidek, a potem na Soszów. Gdzie kogo spotkałam? Oczywiście moich Krakusów. Kto ze mną dziś śpi w pokoju? Kto mnie spił na antybiotyku żubrówką? Czyja konserwa turystyczna pachnie mi na stoliku koło łóżka? Eh czuję, że w domu będę bała się zajrzeć do lodówki ;)
W schronisku czysty PRL. Przywitały nas syki i uciszenia, bo trwało właśnie szkolenie ppoż. Zastanowiliśmy się czy to na pewno lokal świadczący usługi klientowi czy też samowystarczalny. Po 17 nie dostanie się już nic do zjedzenia oprócz 4 bidnych placków ziemniaczanych za złotych 16. Wrzątek 2zł za pół litra. Za pościel robią 40-letnie koce - uprosiłyśmy o dodatkowe prześcieradła, dziurawe w każdą stronę. Woda ciepła leci po 10 minutowym spuszczaniu lodowatej z rur. Do tego jest jeszcze świetlica z przedpotowym telewizorem i pokoje kurniki - w salce 4x4 mieszczą się 4 łóżka. Nocleg 38zł - najdroższy nocleg na trasie. Podpowiadam, żeby omijać to miejsce szerokim łukiem.
Udało mi się natomiast w trasie przemyśleć:
- nowy sposób rozłożenia czasu w pracy,
- moje kontakty z poczaególnymi znajomymi i członkami rodziny,
- dwa pomysły na biznes,
- sposób na gotowanie w tygodniu, tak, żeby więcej jeść własnej kuchni,
- sposób pozwalający na poranne chodzenie na basen i jeszcze kilka drobiazgów.

Wieczorem spotkaliśmy człowieka, który właśnie kończył czerwony szlak beskidzki. Zrobił go w 15 dni. 520 km w 15 dni. Ja też tak chcę;) Dziś już jestem mocno nieprzytomna. Minęła już 21, z czystym sercem więc mogę iść do łóżka;) dobrej nocki;)





















środa, 17 września 2014

Cisza na Równicy

Widzę, że im dłużej chodzę sama tym mniej mi potrzeba towarzystwa. Coraz mniej śpiesznie odbieram maile i coraz rzadziej szukam zasięgu komórki. Ba coraz mniej mi się chce rozmawiać z ludźmi. Jasne, odpowiadam na "cześć" i "skąd pani idzie". Jasne, zaczepiam i pytam "czy do schroniska jeszcze daleko". To mi jednak wystarczy. Wczoraj dokwaterowano mi małżeństwo. Krakusy, jak Krakusy, po górach przechodzeni, mili, pomocni, ale jak zagadali przed kolacją, tak skończyli dopiero po śniadaniu. Wiem już, gdzie biorą najlepsze ryby, gdzie warto jechać na all inclusive, że nie ma co kupować nic "mejd in china" [sic!], no i nie ma co przepłacać i trzeba wszystko znosić ze sobą. Spojrzałam sobie na 25 kilogramowy plecak Krakusa i na 20 kilogramowy Krakuski i normalnie nawet nie zazdrościłam im tych śpiworów, prześcieradeł, ściereczek, nożyków, schabowych, pasty jajecznej, kilograma cukru, soli, pieprzu, pomidorów, bułek na tydzień i dwóch kostek masła. Mój plecak waży 7kg i muszę się bardzo pilnować, żeby wciąż tyle ważył. Codziennie przechodzę przez jakieś miasteczko, gdzie uzupełniam zapasy. Czasem trudno się pohamować i nie kupić czegoś na zapas. Takie jedzenie to trochę, jak jedzenie manny. Każdego ranka będę mogła uzupełnić zapasy - każdego ranka manna spadnie. Nie ma sensu kupować nic więcej, bo bez lodówki wszystko się popsuje, a i nosić to trzeba będzie przez cały dzień.
Dziś zadzwoniła Zuzka. Pogadałyśmy moment i już leżałam jak długa. Kijki na bok, telefon obity, dłonie pościerane i kolano do wymiany. Noż kudre! Może trzeba było wrócić do tej dentystki, co by jakąś hurtową ekstrakcję przeprowadziła. W Brennej znalazłam aptekę. Pieniło się i syczało. Ale przeszło od ręki. Trochę poczułam się nieśmiertelna. Na antybiotyku i znieczulającej maści. Normalnie mogę wszystko;) Eh ułuda medykamentów;)
Schodziłam do Brennej wydygana. Za dużo wspomnień, za dużo znanych miejsc, za świeże to wszystko. Wspomnienia nie przyszły, znanego miejsca nie znalazłam żadnego, świeżość okazała się złudna. Mam wrażenie, że odzyskałam kolejne miejsce. Góry są moje;)
Podejście pod Równicę ciężkie. Wybrałam jednak dwie godziny marszu tutaj, niż cztery na Skrzyczne. Wystarczyło mi wczorajszego deszczu. Poza tym pierwszy raz miałam ochotę poleżeć przed schroniskiem. Udało się;) Ciepły wieczór, piękny widok na Czantorię z jednej i Pogórze Śląskie z drugiej. W pokoju cisza i spokój. Dokwaterowani mi kogoś. A jakże małżeństwo Krakusów;)