sobota, 30 czerwca 2012

Kuchenne rewolucje


Odkąd tutaj jesteśmy próbujemy wszystkiego, czego tylko możemy. Dlatego też codziennie staramy się smakować innej kuchni. Dotychczas udało nam się mieć na talerzu potrawy tajskie, meksykańskie, włoskie, japońskie i oczywiście tutejsze polskie. 
Tajskie jedzenie niekoniecznie przypadło nam do gustu. Warzywa, cząstki kurczaka i krewetki pływały w sosie z curry, ostrej papryki i innych nieznanych nam przypraw. Możliwe jednak, że na odbiór jedzenia wpłynął kiepski wystrój knajpy i mało uprzejmi kelnerzy.
Z meksykańskim jedzeniem było już znacznie lepiej. Nie dało się go co prawda zjeść bez dwóch piw i szklanki wody, ale dania pełne kolorowych warzyw, czarnej fasoli i dobrze przyprawionego mięsa stanowiły ucztę nie tylko dla podniebienia. Smakowała nam salsa z nachosami w ramach aperitifu, zagustowaliśmy w delikatnych tortillach zanurzanych w ciemnym sosie barbeque, łagodziliśmy ostro marynowane mięsa gęstą śmietaną i mdławym guacamole, czyli zielonkawym sosem z awokado. Do tej pory zastanawiam się, jak chłopcy dali radę zjeść ogromne burrito, skoro my musiałyśmy prosić o pudełeczko na wynos.
Podobnie długo siedzieliśmy we włoskiej knajpce. Może to jej kameralny klimat, a może zapach świeżej bazylii, parmezanu i oliwy sprawił, że nie zostawiliśmy na talerzach ani jednej makaronowej wstążki, kokardki czy kapelusika. Do dziś z przyjemnością wspominamy chleb maczany w oliwie z ziołami i posiekanymi oliwkami oraz pyszne, gęste sosy pomidorowe i serowe.
O owocach morza, które są tutaj dość popularne, pisałam już przy okazji relacjonowania wrażeń z San Francisco. To, że smażone krewetki i kalmary będą mi smakowały wiedziałam jeszcze przed przyjazdem, ale że będę się nimi zajadała gotowanymi czy grillowanymi, zapiekanymi w makaronie czy ryżu tego się chyba nie spodziewałam.
Dziś na przykład piecze mnie jęzorek. Właśnie wróciliśmy z knajpki sushi, gdzie udało nam się spróbować kolorowego ryżu, w który zawinięto cząsteczki kraba, tuńczyka z żółtym ogonkiem, łososia i innych niezidentyfikowanych morskaczy. Chwilkę czekaliśmy na przyjęcie naszego zamówienia. Patrzyliśmy na czerwone lampiony nad naszymi głowami, na gigantyczne morskie akwarium, na filetujących na naszych oczach kucharzy. Potem śmialiśmy się, wypalając sobie  kubki smakowe diabelskim kimchi, plastycznym wasabi i imbirem w sosie sojowym. Do japońskich specjałów na pewno jeszcze wrócimy ;)
Na koniec zostawiłam tutejszą polską kuchnię. Nie udało nam się jeszcze znaleźć żadnej knajpki z rodzimymi specjałami, ale mamy ich pod dostatkiem w domu. Ciocia dogadza nam jak może. Między znane nam bitki, jarzynowe sałatki i kopytka wplata lokalne przysmaki - meksykański ryż, mięso przyprawiane na sposób tajski czy absolutnie przepysznego indyka.
Coś czuję, że w Stanach nie przytyjemy tak bardzo od ogromnych porcji czy na siłę dodawanych do każdego posiłku hektolitrów coli, ale od nadmiaru możliwości dań do spróbowania. Czeka na nas jeszcze kuchnia hinduska, chińska i oczywiście rdzennie amerykańska. Czy ktoś kojarzy coś więcej z kuchni amerykańskiej niż steki i hamburgery? 

czwartek, 28 czerwca 2012

Numer jeden

"- ... i właśnie dlatego jesteśmy numer jeden. Poza tym spójrz przez okno na mój samochód. To najmniejszy w naszej rodzinie. Ma tylko 2,8 l pojemności. Fura mojej siostry ma 4,5 l, a ten Mustang, który stoi na podjeździe 5,5 l.
- No tak moja Toyotka ma tylko 1,0...
- Ale jak to? Masz motor?
- Nie, to normalny pięciodrzwiowy, pięcioosobowy samochód miejski.
- W sensie Smart?
- Nie, to taki normalny, dość oszczędny samochód.
- Tutaj nie miałabyś w nim szans. Nie włączyłabyś się do ruchu na autostradzie. A jak to robisz u siebie?
- U nas są dwie autostrady. Z północy na południe i z zachodu na wschód.
- Naprawdę?! U jest chyba więcej autostrad niż ulic. I właśnie dlatego jesteśmy numer jeden.
- Ok, a co wiesz o Polsce?
- Wiesz co, jeśli Niemcy i Rosja miałyby dziecko, to nazywałoby się Polska. O i jeszcze to, że bardzo długo byliście częścią Związku Radzieckiego. Chyba dopiero jakieś 50 lat macie niepodległość. A no i jeszcze to, że ostro przegraliście drugą wojnę światową. A widzisz, my nigdy nie przegraliśmy żadnej wojny, a poza tym zawsze, jak rozpoczynamy jakąś wojnę, to po to, żeby przynieść krajowi wolność i demokrację. Na koniec zwykle mamy z tego ropę i jakieś tam jeszcze inne rzeczy, ale to wcale nie jest źle. Tak po prostu powinno być. Bo wiesz co? Bo my jesteśmy numer jeden!"

Chciałam tu skończyć notkę. Zastanawia mnie jednak, że rozmowa ta chodzi za mną już któryś dzień. Siedzieliśmy w jednym z meksykańskich domów na przedmieściu. Rozmowa przebiegała raczej gładko, czasem wybuchaliśmy śmiechem, czasem podnosiliśmy sobie nawzajem ciśnienie dobierając nie te słowa, które powinniśmy. Po pół godzinie naliczyłam już chyba ze siedem: "we are number one". Patrzyłam na jego muskularne, marynarskie ciało, na szerokie barki rozsadzające błękitny podkoszulek, opalone, mocne ramiona, smukłe stopy w lekkich japonkach. Patrzyłam na usta, kiedy z widoczną przyjemnością tłumaczył mi, ile jest słonecznych dni w ciągu całego roku w Kalifornii. W myślach liczyłam, ilu moich znajomych powiedziało mi kiedykolwiek, że Polska jest numerem jeden; ilu z dumą powiedziało ostatnio cokolwiek dobrego o naszym kraju; ilu w przeciągu 30 minut ani razu nie narzeknęłoby na ojczyznę. Patrzyłam na radość w jego oczach i cholernie mu zazdrościłam, że jego kraj jest dla niego numerem jeden!

wtorek, 26 czerwca 2012

Simplicity is the key, isn't it?

Życie tutaj jest prostsze. Z jednej strony mogę mieć takie wrażenie dlatego, że jesteśmy na wakacjach i nic nie musimy, wygrzewamy się na słońcu, jemy czereśnie, pijemy wino... Z drugiej jednak strony widzę, że Amerykanie wszystko sobie ułatwiają. Jeśli zbliżasz się do  skrzyżowania to wcześniej miniesz znak: uwaga będzie skrzyżowanie, a zaraz potem: zwolnij, będzie skrzyżowanie. Rzeczy, z których otwarcie śmiejemy się w Europie, tutaj są na porządku dziennym: wszystkie kubeczki mają oznaczenie o tym, że napoje są gorące, a podpisy na samochodowych lusterkach przestrzegają, że obiekty, które w nich widzisz mogą być w rzeczywistości nieco większe, w toaletach plakietki przypominają, o obowiązku mycia rąk przez personel [sic!], a reklamy ograniczają się do pokazania produktu i jego ceny. Mam wrażenie, że jeśli coś można było uprościć to zostało to już tutaj zrobione, za Ciebie pomyślane i podane Ci w najłatwiej trafiający do Ciebie sposób. Z jednej strony podziwiam łagodne łuki autostrad i praktyczny wymiar standaryzacji rzeczy, ale z drugiej strony boję się, że stracę czujność.

W niedzielę byłyśmy na Mszy. Czy wiecie, jaka jest różnica między Starym i Nowym Przymierzem? Zawierając Nowe Przymierze po prostu zaczynasz kochać Jezusa. Nie rozliczasz się przed nim z ilości przekroczonych przykazań, ale starasz się być szczęśliwy czerpiąc z jego miłości i miłosierdzia. Oczywiście zachowujesz przykazania, ale wynikają one raczej z miłości niż z obawy. Znam to na pamięć, a jednak słuchałam tego irlandzkiego księdza jak urzeczona. Może to moja polska podejrzliwość, a może katolickie purytańskie wychowanie, ale wciąż czułam, że ktoś tu usypia moją czujność. Bardzo chciałam mu uwierzyć,  że bycie szczęśliwym nie tylko nie jest grzechem, ale wręcz jest tym, co popycha nas do zbawienia. Naprawdę bardzo chciałam... Po godzinie wewnętrznej walki i nieskończonego kołowrotu myśli byłam wyczerpana. Czułam się jakbym przerzuciła stóg siana.
Nie wyjaśnię tego tutaj nikomu. Nie będę potrafiła wytłumaczyć na czym polega mistyczny urok wznoszącego się dymu z kadzidła w Wielki Piątek, ani jakie emocje może budzić psalm śpiewany w Niedzielę Palmową. Tutaj lepiej rozumiany jest dźwięczny gospel i klaskanie na koniec mszy. Nie pytam, które podejście jest właściwe. Pytam, gdzie jest akceptowalna dla mnie granica.

Home sweet home ;)


Dziś ostatni odcinek naszej podróży. W drodze powrotnej zahaczyliśmy jeszcze o Santa Barbarę. Zajrzeliśmy do jednej z tutejszych winiarni, wpadliśmy na włoskie jedzenie i przeszliśmy się plażą, na której nigdy pewnie żadne z nas nie będzie miało domu. Trafiliśmy akurat na najdłuższy dzień w roku. W całym mieście odbywały się parady, ludzie chodzili ciekawie ubrani, dziewczyny we włosach miały kolorowe confetti. Są miejsca, gdzie nie chce się wracać, są miejsca, gdzie można by zostać.

 


















poniedziałek, 25 czerwca 2012

Kicz doskonały


Nadszedł upragniony dzień. Dzień odpoczynku. Nigdzie dziś nie pędziliśmy. Prawie się nawet wyspaliśmy.  Jedyna wycieczka, która nam przyszła do głowy, wymagała tylko godzinnego podróżowania i to piękną drogą wzdłuż wybrzeża.
Zamek Hearsta widzieliśmy już z daleka. Dwie białe wieże lśniły na wzgórzu w popołudniowym słońcu. U podnóża wzniesienia zbudowano całą bazę turystyczną. Wszędzie tutaj napotykamy pełen serwis: restauracja z wykorzystaniem jedzenia produkowanego na farmie Hearsta, sklep z pamiątkowymi bluzami, kalendarzami, medalikami z podobizną Hearsta, kino, w którym wyświetlany jest film o życiu Hearsta... Autobus zawiózł nas na wzgórze. W czasie drogi puszczano muzyczkę z lat '20, opowiadano o romantycznym widoku rozpościerającym się z góry, o człowieku: wizjonerze i pracowitym marzycielu.
To, co zobaczyliśmy, to był po prostu kicz doskonały. Jeśli w Sevres przechowywany jest wzorzec metra, to w San Simeon przechowywany jest wzorzec kiczu. Francuskie wrota, które oryginalnie prowadziły do jakiegoś kościoła, tutaj prowadzą przez włoską mozaikę do komnaty z francuskim osiemnastowiecznym kominkiem, włoskim renesansowym sufitem i piętnastowiecznymi rycerskimi gobelinami. Eklektyzm to złe słowo. Kościelne stalle robią tutaj za krzesła przy mahoniowym stole nakrytym srebrnymi kandelabrami i zastawą wprost z Searsa. Najgorsze, że Amerykanie to kupują. Cmokają z podziwu i wzdychają nad wspaniałością Europy. Nie mają zielonego pojęcia, że elementy nie pasują do siebie ani stylowo ani epokowo. Jedyne, co faktycznie mi się podobało. to baseny. Mogę sobie wyobrazić siebie kąpiącą się w chłodnej, czyściutkiej wodzie wśród nimf i delfinów. Małgosi podobał się ogród - pięknie utrzymane róże dają tutaj wytchnienie od suchych kalifornijskich wzgórz, a Kasi wpadł w oko alabastrowy kolor rzeźb i ścian domów. Chyba tylko my bardziej cieszyliśmy się z widoku rozpościerającego się z góry, niż z widoku pięciu różnych dachów kryjących poszczególne części zamku ;)

























































Najciekawsze jednak było przed nami, w ramach biletu mogliśmy obejrzeć film o Hearstie w imaxie. Po 40 minutach filmu żałowałam, że byłam w autentycznym zamku. Chyba do tej pory nie zdawałam sobie aż tak sprawy z potęgi słowa. Normalnie żałuję, że nie kupiłam DVD z pięknymi przyrodniczymi widokami z samolotu, z ciekawymi anegdotami o wyjątkowym człowieku, ze ślicznymi ujęciami z wnętrza malowniczego zamku. Gdzie się podziała cała tandeta, którą dopiero co widzieliśmy?! ;) Warto było się wybrać do Zamku Hearsta, by doświadczyć tego wrażenia.


Wracaliśmy do domu "jedynką". Złotawe trawki miękko układały się pod naporem wiatru znad oceanu, cienie porozrzucanych niedbale na wybrzeżu drzew stawały się coraz dłuższe, fale biły o klify. Patrzyłam na uciekające nam spod nóg szczurki i chowające się w skalnych szczelinach jaskółki. Tęskniłam. Nie wiem za czym, ale tęskniłam bardzo mocno. Patrząc na bezkres nie miałam już poczucia, że patrzę w próżnię, nie męczył mnie już huk wody. Gdyby nie przejmujący zimny wiatr mogłabym stać na wybrzeżu jeszcze dobrą godzinę.