Odkąd tutaj jesteśmy próbujemy wszystkiego, czego tylko możemy.
Dlatego też codziennie staramy się smakować innej kuchni. Dotychczas udało nam
się mieć na talerzu potrawy tajskie, meksykańskie, włoskie, japońskie i oczywiście
tutejsze polskie.
Tajskie jedzenie niekoniecznie przypadło nam do gustu.
Warzywa, cząstki kurczaka i krewetki pływały w sosie z curry, ostrej papryki i
innych nieznanych nam przypraw. Możliwe jednak, że na odbiór jedzenia wpłynął
kiepski wystrój knajpy i mało uprzejmi kelnerzy.
Z meksykańskim jedzeniem było już znacznie lepiej. Nie dało się
go co prawda zjeść bez dwóch piw i szklanki wody, ale dania pełne kolorowych
warzyw, czarnej fasoli i dobrze przyprawionego mięsa stanowiły ucztę nie tylko
dla podniebienia. Smakowała nam salsa z nachosami w ramach aperitifu, zagustowaliśmy
w delikatnych tortillach zanurzanych w ciemnym sosie barbeque, łagodziliśmy
ostro marynowane mięsa gęstą śmietaną i mdławym guacamole, czyli zielonkawym
sosem z awokado. Do tej pory zastanawiam się, jak chłopcy dali radę zjeść
ogromne burrito, skoro my musiałyśmy prosić o pudełeczko na wynos.
Podobnie długo siedzieliśmy we włoskiej knajpce. Może to jej kameralny
klimat, a może zapach świeżej bazylii, parmezanu i oliwy sprawił, że nie zostawiliśmy
na talerzach ani jednej makaronowej wstążki, kokardki czy kapelusika. Do dziś z
przyjemnością wspominamy chleb maczany w oliwie z ziołami i posiekanymi oliwkami oraz pyszne, gęste sosy pomidorowe i serowe.
O owocach morza, które są tutaj dość popularne, pisałam już przy
okazji relacjonowania wrażeń z San Francisco. To, że smażone krewetki i kalmary
będą mi smakowały wiedziałam jeszcze przed przyjazdem, ale że będę się nimi
zajadała gotowanymi czy grillowanymi, zapiekanymi w makaronie czy ryżu tego się chyba nie spodziewałam.
Dziś na przykład piecze mnie jęzorek. Właśnie wróciliśmy z knajpki sushi, gdzie udało nam się spróbować kolorowego ryżu, w który zawinięto
cząsteczki kraba, tuńczyka z żółtym ogonkiem, łososia i innych niezidentyfikowanych
morskaczy. Chwilkę czekaliśmy na przyjęcie naszego zamówienia. Patrzyliśmy na czerwone
lampiony nad naszymi głowami, na gigantyczne morskie akwarium, na filetujących
na naszych oczach kucharzy. Potem śmialiśmy się, wypalając sobie kubki smakowe diabelskim kimchi, plastycznym wasabi i
imbirem w sosie sojowym. Do japońskich specjałów na pewno jeszcze wrócimy ;)
Na koniec zostawiłam tutejszą polską kuchnię. Nie udało nam
się jeszcze znaleźć żadnej knajpki z rodzimymi specjałami, ale mamy ich pod
dostatkiem w domu. Ciocia dogadza nam jak może. Między znane nam bitki, jarzynowe
sałatki i kopytka wplata lokalne przysmaki - meksykański ryż, mięso
przyprawiane na sposób tajski czy absolutnie przepysznego indyka.
Coś czuję, że w Stanach nie przytyjemy tak bardzo od ogromnych
porcji czy na siłę dodawanych do każdego posiłku hektolitrów coli, ale od
nadmiaru możliwości dań do spróbowania. Czeka na nas jeszcze kuchnia hinduska, chińska
i oczywiście rdzennie amerykańska. Czy ktoś kojarzy coś więcej z kuchni
amerykańskiej niż steki i hamburgery?