Spojrzeliśmy
dziś jeszcze przez chwilkę na San Francisco. Udało nam się zobaczyć miasto z
jego drugiego końca. Pogoda dziś zupełnie niekalifornijska. Zimno, wietrznie, mgliście.
Wybraliśmy się zatem na gorącą kawę do francuskiej kawiarenki. Śniadanie
chapnęliśmy w najładniejszym parku w San Francisco. Widoki podziwialiśmy z najwyższego
punktu w mieście, a potem… potem po raz pierwszy w życiu widziałam ocean.
Marzyłam o tej chwili przez kilka ostatnich lat. Pierwszy raz w życiu chyba tak
silnie dotarło do mnie, że marzenia są najfajniejsze, kiedy są wciąż jeszcze
przed nami.
Widok na
Alcatraz wciąż był oszałamiający, uliczki tego pięknego miasta wciąż się
wznosiły i stromo opadały w dół. Dopalał się jeden z doków portowych w zatoce,
a my powoli udawaliśmy się w stronę pewnej firmy. I tutaj mamy dla Was nową
zagadkę. Gdzie byliśmy?
Dokładnie
tak ;) Udało nam się przedostać do super tajnej siedziby Apple’a. Nie powiemy Wam Co widzieliśmy, nie pokażemy
żadnego zdjęcia z wnętrza, ale wierzcie nam warto było ;) Pierwszy raz
widzieliśmy taką liczbę imaków, ipodów, iszufelek, inano i innych igłupot w
rękach tak samo wyglądających ludzi.
Z Cupertino wyjechaliśmy dobrze po piątej i skierowaliśmy się od razu na jedynkę. Autostrada numer 1 prowadzi wzdłuż wybrzeża. Pnie się na wysokich klifach tuż nad oceanem. Zachód słońca, a potem księżyca nad tak duża wodą robiły na nas wszystkich ogromne wrażenie. Małgosia chciała zobaczyć Golden Gate Bridge, ja ocean, a Kasia przejechać się „jedynką”. Nasze marzenia już zaliczone. Ciekawe o czym myśli Maki?

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz