wtorek, 26 czerwca 2012

Simplicity is the key, isn't it?

Życie tutaj jest prostsze. Z jednej strony mogę mieć takie wrażenie dlatego, że jesteśmy na wakacjach i nic nie musimy, wygrzewamy się na słońcu, jemy czereśnie, pijemy wino... Z drugiej jednak strony widzę, że Amerykanie wszystko sobie ułatwiają. Jeśli zbliżasz się do  skrzyżowania to wcześniej miniesz znak: uwaga będzie skrzyżowanie, a zaraz potem: zwolnij, będzie skrzyżowanie. Rzeczy, z których otwarcie śmiejemy się w Europie, tutaj są na porządku dziennym: wszystkie kubeczki mają oznaczenie o tym, że napoje są gorące, a podpisy na samochodowych lusterkach przestrzegają, że obiekty, które w nich widzisz mogą być w rzeczywistości nieco większe, w toaletach plakietki przypominają, o obowiązku mycia rąk przez personel [sic!], a reklamy ograniczają się do pokazania produktu i jego ceny. Mam wrażenie, że jeśli coś można było uprościć to zostało to już tutaj zrobione, za Ciebie pomyślane i podane Ci w najłatwiej trafiający do Ciebie sposób. Z jednej strony podziwiam łagodne łuki autostrad i praktyczny wymiar standaryzacji rzeczy, ale z drugiej strony boję się, że stracę czujność.

W niedzielę byłyśmy na Mszy. Czy wiecie, jaka jest różnica między Starym i Nowym Przymierzem? Zawierając Nowe Przymierze po prostu zaczynasz kochać Jezusa. Nie rozliczasz się przed nim z ilości przekroczonych przykazań, ale starasz się być szczęśliwy czerpiąc z jego miłości i miłosierdzia. Oczywiście zachowujesz przykazania, ale wynikają one raczej z miłości niż z obawy. Znam to na pamięć, a jednak słuchałam tego irlandzkiego księdza jak urzeczona. Może to moja polska podejrzliwość, a może katolickie purytańskie wychowanie, ale wciąż czułam, że ktoś tu usypia moją czujność. Bardzo chciałam mu uwierzyć,  że bycie szczęśliwym nie tylko nie jest grzechem, ale wręcz jest tym, co popycha nas do zbawienia. Naprawdę bardzo chciałam... Po godzinie wewnętrznej walki i nieskończonego kołowrotu myśli byłam wyczerpana. Czułam się jakbym przerzuciła stóg siana.
Nie wyjaśnię tego tutaj nikomu. Nie będę potrafiła wytłumaczyć na czym polega mistyczny urok wznoszącego się dymu z kadzidła w Wielki Piątek, ani jakie emocje może budzić psalm śpiewany w Niedzielę Palmową. Tutaj lepiej rozumiany jest dźwięczny gospel i klaskanie na koniec mszy. Nie pytam, które podejście jest właściwe. Pytam, gdzie jest akceptowalna dla mnie granica.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz