W niedziele rano musielismy sie przeniesc do drugiego hotelu, bo takie mielismy rezerwacje, postanowilsmy wiec przejechac taksowka, gdyz sa one tu tanie, a poza tym wilgotnosc od rana byla 80%, a chcielismy dosc odswiezeni pojsc na 12 na msze do pobliskiej katedry.
Gdy wsiedlismy do taksowki bardzo mily kierowca powiedzial nam zupelnie poprawnym angielskim, ze mamy dzis szczescie, bo jego taksowka jest jedna z 4 w Kyoto ( na 1300 jezdzacych) z zielona koniczynka. Rzeczywiscie - zobaczylismy na oknie oraz tablicy w srodku samochodu naklejki z zielona koniczyna. Nawet na rekawiczkach ( wszyscy kierowcy taksowek w Japonii prowadza swoje pojazdy w bialych jedwabnych rekawiczkach) mial znaczek koniczynki.
Tak wiec dzien musial byc udany, taki tez byl. Odwiedzilismy buddyjska Swiatynie Srebrna, polozona malowniczo na skraju miasta w przepieknie utrzymanym parku w stylu japonskim. Potem przemaszerowalismy do innej -polozonej w miescie, ale pieknie wyciszonej poprzez otaczajacy pas zieleni. Budynki byly drewniane, ciemno brazowe, z elemantami pomalowanymi na biale.
Niestety niewiele jest napisow w jezyku angielskim, malo mozna przeczytac w broszurkach,ktore daja tu przy wejsciu. Trzeba polegac na wlasnym przygotowaniu.
Doprawdy mam mieszane uczucia jesli chodzi o ten angielski w Japonii. Juz o tym pisalam, ale jeszcze teraz podam na przyklad taka sytuacje- wracalismy do naszego hotelu jedna z wiekszych ulic Kyoto, przez centrum handlowo-turystyczne. Na wystawie sklepu z kwiatami zobaczylismy piekne orchidee z duzymi kwietami, w doniczkach. Zatrzymalismy sie zastanawiajac sie czy sa prawdziwe, bo ja osobiscie jeszcze migdy nie widzialam tak duzych kwiatow orchidei doniczkowych. Wojtek twierdzil, za musza byc sztuczne, ja patrzac na liscie bylam przekonana ze sa zywe. W koncu weszlam do srodka, oprocz sprzedwaczyni nikogo nie bylo, zapytalam o kwiaty - na to pani odpowiedziala sowbodna angielszczyzna "I do not speak English"..........
Albo dzis rano - poszlismy na dworzec glowny Kyoto i kupilismy sobie miejscowki na powrot do Tokio, weszlismy na chwile do informacji turystycznej zobaczyc co tam maja - ja zabralam sobie broszurke z napisem KAF - Kyoto Art Festival. Jakiez bylo moje zdziwienie, gdy po chwili pijac herbate w pobliskiej kafejce zobaczylam ze w zrodku jest wiele obrazkow z informacjami o roznych wydarzeniach, ale WSZYSTKO w jezyku japonskim. Moze ktos mi powie po co, kurcze, pierwsza strona byla po angielsku?
Poniedzialek to zwiedzanie kolejnych swiatyn buddyjskich, palacy cesarskich oraz kapliczek Shinto. Brakuje czasu zeby to wszystko opisac, ale wlasciwie to sie powinno obejrzec, byc tu, pochodzic po tych nieskazitelnie urzymanych parkach, podziwiac ciekawie poprowadzone iglaki i inne drzewa, obejrzec skwerki Zen, posluchac ciszy, ktora w tych miejscach panuje. Zachwyt! Zdjecia, zdjecia, zdjecia.....zabraklo nam juz karty w aparatach, konczy sie dysk w labtopie. Zalaczamy wiec wiele zdjec, za
praszajac do wspolnego spaceru, z koniczyna w reku......
poniedziałek, 17 września 2012
niedziela, 16 września 2012
Meiko & Geiko czyli o zyciu Japonskiej Gejszy
Na calym swiecie popularnie mowi sie o zyciu Gejszy, choc dowiedzielismy sie od naszej japonskiej przewodniczki, ze w Japonii tego slowa nikt nie uzywa.
Mloda dziewczyna, ktora chce w przyszlosci wykonywac zawod -przez nas zwany -Gejszy - powinna w wieku 13-15 lat podjac taka decyzje, nastepnie ubiegac sie o przyjecie do jednego z domow prowadzonym tylko w Kyoto, w dzielnicy Gion. Bedzie tu mieszkac przez 5 lat, w tym czasie uczeszczac bedzie do szkoly dziennej (obok ktorej przechodzilismy), od 8am-3pm, potem krotka przerwa, a okolo 5pm zaczyna sie przygotowywac do pracy. Te dziewczeta nazywane sa Meiko. Nie maja w ciagu tych 5 lat prawie w ogole kontaktu z rodzina, nie moga posiadac komorek, nie maja dostepu do internetu. Ich celem jest jak nalepsze wyuczenie sie spiewu, tanca, przygotowywania i podawania herbaty, prowadzenia konwersacji z goscmi.
Dowiedzielismy sie ze w ciagu ostatnich 10 lat liczba dziewczat rozpoczynajacych szkole dla przyszlych Meiko ciagle rosnie, ale w ciagu pierwszego roku 40% rezygnuje, ze wzgledu na trudy szkoly Meiko.
Ukonczywszy lat 20 oraz wszystkie potrzebne nauki - Meiko staje sie Geiko. Teraz jest juz w pelni samodzielna, moze sama ustalac swoj grafik pracy (Geiko pracuja zwykle od godziny 6pm-12am), ma prawo w ciagu dnia do wychodzenia na miasto w stroju zachodnim, moze tez zdejmowac peruke,ma tez nieograniczony kontakt z rodzina oraz swiatem zewnetrznym.
Wszystko to opowiedziala nam mila przewodniczka japonska, do ktorej gdy zapisalismy sie na 2 godzinny spacer po dzielnicy Gion, czyli zabytkowej dzielnicy Kyoto, gdzie zyja , mieszkaja, ucza sie, pracuja Gejsze (czyli Meiko i Geiko).
Dzielnica ta jest cala drewniana, male domki, restauracje, kafejki do serwowania herbaty, domy, w ktorych mieszkaja Meiko i Geiko. Przewodniczka zatrzymywala sie przed niektorymi domkami i uczyla nas, jak odczytywac tabliczki przybite przy drzwiach (mozna z nich na przyklad odczytac ile Meiko mieszka aktualnie w danym domu)
Caly wieczor byl dla mnie bardzo ciekawy, bo zobaczylam miejsce, o ktorym tak wiele slyszalam, przechodzilismy nawet przez most, na ktorym nakrecany byl film "Z pamietnikow Gejszy".
Mnie osobiscie towarzyszylo jednak pewne poczucie winy, bo przez caly czas naszego spaceru po dzielnicy Gion wszyscy uczestnicy ( a bylo nas w grupie okolo 30 osob) trzymali w pogotowiu aparaty fotograficzne, bo w kazdej chwili mogla sie pojawic Meiko lub Geiko idaca do pracy. Przewodniczka wyjasnila nam, jak odrozniac Meiko od Geiko, ona sama wielokrotnie byla tlumczem na wieczorach z Geiko, gdy zagraniczni goscie przyjezdzali do Japonii i chcieli spedzic wieczor z Geiko. Sama przewodniczka podsycala troche napiecie, mowiac nam zeby sie rozgladac, bo w kazdej chwili mogla na chwile pokazac sie Meiko lub Geiko idaca z jednej restauracj do drugiej. Gejsze sa wynajmowane i placone na godziny. Czesto wiec w ciagu jednego wieczoru przechodza 2-3 razy do roznych restauracji.
Dla mnie wygladalo to troche jak wypatrywanie jakiegos rzadkiego zwierzaka.......schowalam wiec swoj aparat do kieszeni i postanowilam nie robic w tym miejscu zdjec.
Zalczam wiec dzis zdjecia waskich uliczek ze slynnej na caly swiat dzielnicy Gion, bez slynnych pan......
Mloda dziewczyna, ktora chce w przyszlosci wykonywac zawod -przez nas zwany -Gejszy - powinna w wieku 13-15 lat podjac taka decyzje, nastepnie ubiegac sie o przyjecie do jednego z domow prowadzonym tylko w Kyoto, w dzielnicy Gion. Bedzie tu mieszkac przez 5 lat, w tym czasie uczeszczac bedzie do szkoly dziennej (obok ktorej przechodzilismy), od 8am-3pm, potem krotka przerwa, a okolo 5pm zaczyna sie przygotowywac do pracy. Te dziewczeta nazywane sa Meiko. Nie maja w ciagu tych 5 lat prawie w ogole kontaktu z rodzina, nie moga posiadac komorek, nie maja dostepu do internetu. Ich celem jest jak nalepsze wyuczenie sie spiewu, tanca, przygotowywania i podawania herbaty, prowadzenia konwersacji z goscmi.
Dowiedzielismy sie ze w ciagu ostatnich 10 lat liczba dziewczat rozpoczynajacych szkole dla przyszlych Meiko ciagle rosnie, ale w ciagu pierwszego roku 40% rezygnuje, ze wzgledu na trudy szkoly Meiko.
Ukonczywszy lat 20 oraz wszystkie potrzebne nauki - Meiko staje sie Geiko. Teraz jest juz w pelni samodzielna, moze sama ustalac swoj grafik pracy (Geiko pracuja zwykle od godziny 6pm-12am), ma prawo w ciagu dnia do wychodzenia na miasto w stroju zachodnim, moze tez zdejmowac peruke,ma tez nieograniczony kontakt z rodzina oraz swiatem zewnetrznym.
Wszystko to opowiedziala nam mila przewodniczka japonska, do ktorej gdy zapisalismy sie na 2 godzinny spacer po dzielnicy Gion, czyli zabytkowej dzielnicy Kyoto, gdzie zyja , mieszkaja, ucza sie, pracuja Gejsze (czyli Meiko i Geiko).
Dzielnica ta jest cala drewniana, male domki, restauracje, kafejki do serwowania herbaty, domy, w ktorych mieszkaja Meiko i Geiko. Przewodniczka zatrzymywala sie przed niektorymi domkami i uczyla nas, jak odczytywac tabliczki przybite przy drzwiach (mozna z nich na przyklad odczytac ile Meiko mieszka aktualnie w danym domu)
Caly wieczor byl dla mnie bardzo ciekawy, bo zobaczylam miejsce, o ktorym tak wiele slyszalam, przechodzilismy nawet przez most, na ktorym nakrecany byl film "Z pamietnikow Gejszy".
Mnie osobiscie towarzyszylo jednak pewne poczucie winy, bo przez caly czas naszego spaceru po dzielnicy Gion wszyscy uczestnicy ( a bylo nas w grupie okolo 30 osob) trzymali w pogotowiu aparaty fotograficzne, bo w kazdej chwili mogla sie pojawic Meiko lub Geiko idaca do pracy. Przewodniczka wyjasnila nam, jak odrozniac Meiko od Geiko, ona sama wielokrotnie byla tlumczem na wieczorach z Geiko, gdy zagraniczni goscie przyjezdzali do Japonii i chcieli spedzic wieczor z Geiko. Sama przewodniczka podsycala troche napiecie, mowiac nam zeby sie rozgladac, bo w kazdej chwili mogla na chwile pokazac sie Meiko lub Geiko idaca z jednej restauracj do drugiej. Gejsze sa wynajmowane i placone na godziny. Czesto wiec w ciagu jednego wieczoru przechodza 2-3 razy do roznych restauracji.
Dla mnie wygladalo to troche jak wypatrywanie jakiegos rzadkiego zwierzaka.......schowalam wiec swoj aparat do kieszeni i postanowilam nie robic w tym miejscu zdjec.
Zalczam wiec dzis zdjecia waskich uliczek ze slynnej na caly swiat dzielnicy Gion, bez slynnych pan......
sobota, 15 września 2012
Wrazenia od strony Wojtka
Niejako osobno (rownolegle) do codziennych, wyczerpujacych raportow pisanych przez Mamunie postanowilem i ja dolaczyc troche takich mysli nieuczesanych. Jest to taki zbior obserwacji, pytan jakie bysmy chcieli zadac komus kto zna tutejsze zwyczaje a takze ciekawostek jakie zaobserwowalismy przez tych kilka dni w Tokyo. Jako mysli nieuczesane nie sa one w zadnej specialnej kolejnosci - tylko tak po prostu jak mi przychodzily do glowy.
Tokyo - jak juz wiemy Tokyo jest ogromne. Kiedy jezdzilismy naszym autobusem po miescie nie moglem sie oprzec wrazeniu, ze po przejechaniu jednego ogromnego skupiksa wiezowcow (wiele z nich ma sporo ponad 30 pieter) natychmiast wjezdzalismy w nastepne by po niedlugim czasie znow wjechac w nastepne i tak bez konca. Wszedzie pelno ludzi, samochodow i rowerow acz nie ma korkow ani jakiegos strasznego tloku. Mysle, ze wiekszosc ludzi jezdzi jednak pod ziemia (metrem) i na ulicach jest przez to znosniej.
Kontrolerzy - w czasie objazdu miasta zauwazylismy wzdluz jednej z glownych ulic sporo ludzi siedzacych na krzeselkach (glownie przy skrzyzowaniach) z jakims dziwnym wyposazeniem od zwyklego notatnika po jakies metalowe puszeczki az po radiotelefony (czy cos takiego). W jednym miejscu bylo ich chyba ze 20 osob - na wszystkich rogach a takze wzdluz alei dochodzacej do ulicy. Dziwnie to wyglada jak tuz przy jezdni siedza ludzie na krzeselkach i w cos sie wpatruja a czasem jakby robili notatki. Nastpnego dnia znow zobaczylismy takiego osobnika a poniewaz tym razem bylismy pieszo to postanowilismy podejsc i zapytac. Jak zwykle znajomosc angielskiego byla co najwyzej minimalna ale z tego co nam sie udalo zrozumiec to oni licza przejezdzajace autobusy. Moze podobnie jak u nas w ten sposob zapewnia sie punktualne kursowanie?
Uklony - mimo, ze wszyscy pewnie slyszeli o slynnych japonskich uklonach to jednak jak sie to widzi na wlasne oczy to wrazenie jest niesamowite. Kupujac noz (w malym sklepiku przy targu rybnym) trzech sprzedawcow klanialo sie nam na odchodne tak z 5 razy kazdy. Musze powiedzie, ze bedac przygotwanym do wyjazdu i mu odklonilism sie kilka razy. A teraz w pociagu (jedziemy wlasnie do Kyoto - tym szybkim pociagiem - Harita) przez wagon (nie ma przedzialow tylko caly wagon jest otwarty) przeszedl konduktor (choc oni tu sa ubrani w mundury i wygladaja jak piloci samolotu albo lepiej). Szedl od konca wiec wszedl niezauwazony ale jak doszed do drugiego konca to otworzyl drzwi, odwrocil sie i wyraznie sie nam wszystkich uklonil - po czym wyszedl. Nawet w telewizji jak sprawozdawca konczy podawanie wiadomosci to sie klania.
Samochody - tu jest jakby inny swiat - bo jest. Samochody zupelnie inne. I to nie tylko, ze firmy inne - bo owszem widac loga Toyoty, Nissana i innych marek "lokalnych" a takze troche (malo) europejskich (absolutnie glownie niemieckich), ale takze modele sa zupelnie inne. A wogole to firmy japonskie nie podaja na samochodach nazwy marki. A wiec Toyota nie pisze Toyota. A na dodatek z przodu maja jakies takie zupelnie inne znaczki. Tak wiec samochod ma z przodu jeden znaczek (np. cos co wyglada jak litera Z) ale z tylu ma nazwy Crown z jednej a Royal Salon z drugiej a w srodku znaczek Toyoty. I tak ze wszystkimi. Istna kolomyja. Czlowiek nie ma pojecia co to jedzie. No i oczywiscie wygladaja one zupelnie inaczej. Generalnie powiedzialbym, ze samochody sa projektowane tak by w zasadzie nie mialy tylu (pewnie przeszkadza w parkowaniu) i przod tez taki krotki. Wiele wiec wyglada jak nieco zaokraglone pudelka - i to male. Rowniez ciezarowki - co przelozeniu na warunki amerykanskie brzmi smiesznie bo rozmiar tutejszych pojazdow nie kwalifikowal by ich nawet na pickupy. Ostatni numer to zupelnie nie znane marki - widzialem takie co sie nazywaja chyba Coco a takze jakies takie
"classics" tyle, ze zupelnie nie umiem powiedziec co to bylo. Troche z nich zlapalem na fotkach wiec polecam zdjecia.
Uprzejmosc - poczatkowo jest to bardzo ciekawa nowinka ale z czasem mam wrazenie, ze zaczynam jej miec troche za duzo. Wchodzimy do dowolnego sklepu czy restauracji a caly personel krzyczy powitania i inne jakies tam ... wyrazy . Poczatkowo mielismy klopoty ze zrozumieniem bo oni tak smiesnie wymawiaja ten japonski :) Nasza wymowa brzmi wyrazniej :). Jakby tak spojzec na to spokojnie to nie jest to pewnie nic nowego. Nawet i w Warszawie na Rozyckim wlasciciele stoisk potrafia wykrzykiwac w kolko zachwalajac wlasne wyroby. Ale jakos nas to uderzylo. Ale istnieje tez druga strona uprzejmosci. Wczoraj jechalismy autobusem miejskim do Zlotego Pawilonu - przygotowani gdzie wysiasc i z mapka. W autobusie bylo rowniez oklolo 6-8 innych turystow (wiekszosc nie lokalna). Na jeden przystanek przed zabytkiem kilkoro (zdrezorientowanych) zabralo sie do wysiadania a tu pan kierowca mowi im ze to jeszcze nie teraz - niech wysiada na nastepnym.
Rowery i rowerzysci - jest ich sporo ale o dziwo jezdza po chodnikach a czasem ulicach i nikomu to nie przeszkadza. Wrazenie jest takie, ze oni zostali po prostu przyjeci jako rownoprawni uzytkownicy chodnikow i jezdni. A trzeba powiedzec, ze chodniki to oni tu (przynajmniej w Kyoto) maja waskie. Nikogo jednak nie dziwi, ze taki rower mknie i dosc plynnie wymija co trzeba. Nikt sie nie denerwuje i nie trabi - a o krzyku to wogole nie ma mowy.
Jezyk - nie, nie bede komentowal japonskiego. Nieznam sie na nim i wogole. Ale fajnie jest jak widac jak zachowuja sie ludzie nieznajacy angielskiego. Troche tak jak Babunia Nacia - wystarczy mowic po swojemu ale wolniej i jeszcze pare razy. Tak tez zachowuja sie tutejsi. My do nich cos a oni swoje i to pare razy - jakby powtorzenie cos pomoglo. Jakos wogole do nich nie przemawia, ze jak pacjent nie rozumie to moze latwiej mu pokazac obrazkowo albo na mapie albo jakos inaczej. Nie, najlepiej powtorzyc i to pare razy ... po japonsku.
Telewizja - jak juz pewnie wiecie naogladalismy sie japonskiej telewizji do woli. Bo zadnej innej nie ma. Znaczy w zadnym z hoteli nie mieli ani jednego kanalu innego niz japonsko jezyczny. Nie stalismy w Hiltonach ale wydawalo mi sie (jak widac nieslusznie), ze cos takiego jak jeden kanal (CNN albo cos takiego) to zawsze jest. Nic bledniejszego. A na dodatek w ich telewizji - dostepnej w hotelach - sa glownie: wiadomosci (zadko), programy typu Jeopardy, programy o zywnosci czy okolicy albo program popularno-naukowe (glownie jakby lekcje przedmiotow). No i oczywiscie sport - ten jest wszedzie. Tak wiec popatrzylem na sumo, baseball i ciut pikli noznej. Inne to jakby nie wystepowaly.
Ten wpis bedzie uzupelniany wraz z przyrastajacymi wrazeniami...
Tokyo - jak juz wiemy Tokyo jest ogromne. Kiedy jezdzilismy naszym autobusem po miescie nie moglem sie oprzec wrazeniu, ze po przejechaniu jednego ogromnego skupiksa wiezowcow (wiele z nich ma sporo ponad 30 pieter) natychmiast wjezdzalismy w nastepne by po niedlugim czasie znow wjechac w nastepne i tak bez konca. Wszedzie pelno ludzi, samochodow i rowerow acz nie ma korkow ani jakiegos strasznego tloku. Mysle, ze wiekszosc ludzi jezdzi jednak pod ziemia (metrem) i na ulicach jest przez to znosniej.
Kontrolerzy - w czasie objazdu miasta zauwazylismy wzdluz jednej z glownych ulic sporo ludzi siedzacych na krzeselkach (glownie przy skrzyzowaniach) z jakims dziwnym wyposazeniem od zwyklego notatnika po jakies metalowe puszeczki az po radiotelefony (czy cos takiego). W jednym miejscu bylo ich chyba ze 20 osob - na wszystkich rogach a takze wzdluz alei dochodzacej do ulicy. Dziwnie to wyglada jak tuz przy jezdni siedza ludzie na krzeselkach i w cos sie wpatruja a czasem jakby robili notatki. Nastpnego dnia znow zobaczylismy takiego osobnika a poniewaz tym razem bylismy pieszo to postanowilismy podejsc i zapytac. Jak zwykle znajomosc angielskiego byla co najwyzej minimalna ale z tego co nam sie udalo zrozumiec to oni licza przejezdzajace autobusy. Moze podobnie jak u nas w ten sposob zapewnia sie punktualne kursowanie?
Uklony - mimo, ze wszyscy pewnie slyszeli o slynnych japonskich uklonach to jednak jak sie to widzi na wlasne oczy to wrazenie jest niesamowite. Kupujac noz (w malym sklepiku przy targu rybnym) trzech sprzedawcow klanialo sie nam na odchodne tak z 5 razy kazdy. Musze powiedzie, ze bedac przygotwanym do wyjazdu i mu odklonilism sie kilka razy. A teraz w pociagu (jedziemy wlasnie do Kyoto - tym szybkim pociagiem - Harita) przez wagon (nie ma przedzialow tylko caly wagon jest otwarty) przeszedl konduktor (choc oni tu sa ubrani w mundury i wygladaja jak piloci samolotu albo lepiej). Szedl od konca wiec wszedl niezauwazony ale jak doszed do drugiego konca to otworzyl drzwi, odwrocil sie i wyraznie sie nam wszystkich uklonil - po czym wyszedl. Nawet w telewizji jak sprawozdawca konczy podawanie wiadomosci to sie klania.
Samochody - tu jest jakby inny swiat - bo jest. Samochody zupelnie inne. I to nie tylko, ze firmy inne - bo owszem widac loga Toyoty, Nissana i innych marek "lokalnych" a takze troche (malo) europejskich (absolutnie glownie niemieckich), ale takze modele sa zupelnie inne. A wogole to firmy japonskie nie podaja na samochodach nazwy marki. A wiec Toyota nie pisze Toyota. A na dodatek z przodu maja jakies takie zupelnie inne znaczki. Tak wiec samochod ma z przodu jeden znaczek (np. cos co wyglada jak litera Z) ale z tylu ma nazwy Crown z jednej a Royal Salon z drugiej a w srodku znaczek Toyoty. I tak ze wszystkimi. Istna kolomyja. Czlowiek nie ma pojecia co to jedzie. No i oczywiscie wygladaja one zupelnie inaczej. Generalnie powiedzialbym, ze samochody sa projektowane tak by w zasadzie nie mialy tylu (pewnie przeszkadza w parkowaniu) i przod tez taki krotki. Wiele wiec wyglada jak nieco zaokraglone pudelka - i to male. Rowniez ciezarowki - co przelozeniu na warunki amerykanskie brzmi smiesznie bo rozmiar tutejszych pojazdow nie kwalifikowal by ich nawet na pickupy. Ostatni numer to zupelnie nie znane marki - widzialem takie co sie nazywaja chyba Coco a takze jakies takie
"classics" tyle, ze zupelnie nie umiem powiedziec co to bylo. Troche z nich zlapalem na fotkach wiec polecam zdjecia.
Uprzejmosc - poczatkowo jest to bardzo ciekawa nowinka ale z czasem mam wrazenie, ze zaczynam jej miec troche za duzo. Wchodzimy do dowolnego sklepu czy restauracji a caly personel krzyczy powitania i inne jakies tam ... wyrazy . Poczatkowo mielismy klopoty ze zrozumieniem bo oni tak smiesnie wymawiaja ten japonski :) Nasza wymowa brzmi wyrazniej :). Jakby tak spojzec na to spokojnie to nie jest to pewnie nic nowego. Nawet i w Warszawie na Rozyckim wlasciciele stoisk potrafia wykrzykiwac w kolko zachwalajac wlasne wyroby. Ale jakos nas to uderzylo. Ale istnieje tez druga strona uprzejmosci. Wczoraj jechalismy autobusem miejskim do Zlotego Pawilonu - przygotowani gdzie wysiasc i z mapka. W autobusie bylo rowniez oklolo 6-8 innych turystow (wiekszosc nie lokalna). Na jeden przystanek przed zabytkiem kilkoro (zdrezorientowanych) zabralo sie do wysiadania a tu pan kierowca mowi im ze to jeszcze nie teraz - niech wysiada na nastepnym.
Rowery i rowerzysci - jest ich sporo ale o dziwo jezdza po chodnikach a czasem ulicach i nikomu to nie przeszkadza. Wrazenie jest takie, ze oni zostali po prostu przyjeci jako rownoprawni uzytkownicy chodnikow i jezdni. A trzeba powiedzec, ze chodniki to oni tu (przynajmniej w Kyoto) maja waskie. Nikogo jednak nie dziwi, ze taki rower mknie i dosc plynnie wymija co trzeba. Nikt sie nie denerwuje i nie trabi - a o krzyku to wogole nie ma mowy.
Jezyk - nie, nie bede komentowal japonskiego. Nieznam sie na nim i wogole. Ale fajnie jest jak widac jak zachowuja sie ludzie nieznajacy angielskiego. Troche tak jak Babunia Nacia - wystarczy mowic po swojemu ale wolniej i jeszcze pare razy. Tak tez zachowuja sie tutejsi. My do nich cos a oni swoje i to pare razy - jakby powtorzenie cos pomoglo. Jakos wogole do nich nie przemawia, ze jak pacjent nie rozumie to moze latwiej mu pokazac obrazkowo albo na mapie albo jakos inaczej. Nie, najlepiej powtorzyc i to pare razy ... po japonsku.
Telewizja - jak juz pewnie wiecie naogladalismy sie japonskiej telewizji do woli. Bo zadnej innej nie ma. Znaczy w zadnym z hoteli nie mieli ani jednego kanalu innego niz japonsko jezyczny. Nie stalismy w Hiltonach ale wydawalo mi sie (jak widac nieslusznie), ze cos takiego jak jeden kanal (CNN albo cos takiego) to zawsze jest. Nic bledniejszego. A na dodatek w ich telewizji - dostepnej w hotelach - sa glownie: wiadomosci (zadko), programy typu Jeopardy, programy o zywnosci czy okolicy albo program popularno-naukowe (glownie jakby lekcje przedmiotow). No i oczywiscie sport - ten jest wszedzie. Tak wiec popatrzylem na sumo, baseball i ciut pikli noznej. Inne to jakby nie wystepowaly.
Ten wpis bedzie uzupelniany wraz z przyrastajacymi wrazeniami...
piątek, 14 września 2012
There is no place like Kyoto.....
Czwartego dnia wakacji przejechalismy "bullet train" z Tokio do Kyoto, dawnej stolicy Japonii. Liczba mieszkancow - okolo 1.5 miliona.
Jakaz roznica w porownaniu z Tokio......skonczyly sie sliczne elegantki na wysokich obcasikach, panowie w nieskazitelnych bialych koszulach z marynarkami i teczkami w reku. Tutaj na ulicach widzimy sliczne Japonki ubrane ciekawie, choc mniej elegancko, mniej "bisness people",miasto tez wyglada jakos przyjazniej. No idalej wszedzie jest super czysto.
Doturlalismy sie z naszymi walizeczkami na kolkach jakos do hotelu, a tu tez mila niespodzianka - pani recepcjonistka mowi po angielsku! Bardzo spokojnie wyjasnila, gdzie zatrzymauja sie autobusy, ktorymi planowalismy jezdzic nastepnego dnia, gdzie wymienic pieniazki, a takze odpowiedziala na kilka innych pytan. Mialam ochote ja ozlocic!
Pokoik w Hotelu Unizo tez okazal sie troszke wiekszy - Kasiu, jesli pamietasz jaki pokoj mielismy w hostelu w Starsburgu - to mniej wiecej polowa tamtego. Ale jest wszystko, co potrzeba - ciepla woda, czyste lozko do spania, no i oczywiscie internet!
Wieczorem przeszlismy sie troche po miescie - mieszkamy w centrum, ulice pelne sa mlodych, wszedzie widac napisy w jezyku japonskim oraz angielskim. Zaczynam sie czuc troche lepiej.
Poniewaz w Japonii w cenie hotelu nie ma sniadania, to my co drugi dzien idziemy cos zjesc do pobliskiej kafejki, a co drugi- kupujemy sobie na sniadanie jakies bulki i rano do tego robimy sobie w pokoju herbate.
Pierwszego wieczoru w Kyoto po dlugim spacerze po okolicy weszlismy do wielkiego domu towarowego, zeby kupic cos na sniadanie nastepnego dnia. Dom towarowy to wielkie centrum handlowe, na 7 pietrach panie i panowie moga nabyc eleganckie ubrania oraz inne artykuly. W podziemiach tego centrum miesci sie ogromny sklep spozywczy. Tam tez poszlismy - po zjechaniu schodami ukazal nam sie radosny widok - ciemny chlebek z ziarnami, paczkowana wedlinka, pomidory, sliwki -ach juz w rekach mamy koszyk, portfele tez gotowe.....wypelniamy nasz koszyczek.....ale po chwili okazuje sie, ze za wszystko tutaj placi sie w osobnej kasie - za chleb w kasie obok chleba, za szynke w kasie obok wedlin, za pomidory w kasie z warzywami.......troszke to niewygodne, bylismy rozczarowani, ale zakupy w koncu zrobilismy. Wojtek poszedl potem w alejke z alkoholami, ja skrecilam do herbat, az tu nagle zobaczylam zolte sery! O kurcze - alez dawno nie jedlismy serow! Myszo!!!!! Zobacz - Gouda! Kupilismy oczywiscie, uswiadamiajac sobie, ze przez kilka dni nie widzielismy w ogole zoltych serow, kanapki ktore nieraz kupowalismy na sniadanie mialy wedline z jajkiem, ale nigdy nie bylo serow zoltych. Jajka w ogole sa w Japonii bardzo powszechne - juz w samolocie podali nam takie ciastko-zapiekanke z jajek i cukru, ktore potem wiele razy widzielimy w sprzedazy.
Poza tym prawie w kazdym sklepie spozywczym mozna kupic jedno lub dwa gotowane na twardo jaja. Brakuje nam tu troche warzyw i owocow - z owocow jedlismy winogrona, sa tez w sprzedazy brzoskwienie, i to wlasciwie wszystko. Ja zaczynam tesknic za pomidorami, ktore uwielbiam oraz za rzodkiewkami.
Rano w piatek wyruszylismy na zwiedzanie zabytkow historycznych Kyoto. Autobusem miejskim dojechalismy do Swiatyni Zlotej, ktora polozona jest w przepieknym parku. Miejsce to pochodzi z 15 wieku, obecnie jest to obiekt muzealny. Mielismy wiec okazje obejrzec przseliczna swiatynie Kinkaku Ji, podobno pokryta opilkami zlota, ktora majestatycznie stoi posrodku jeziora, a potem pzeszlismy przez park, podziwiajac pieknie uformowane drzewa -bonzaje, wierzby, japonskie klony, oraz wiele iglakow.
Stamtad przeszlismy spacerkiem przez ulice polnocnego Kyoto az do swiatyni Royan Ji - z roku 1450. Ta polozona jest rowniez w parku w stylu japonskim, mieszkali tu kiedys buddysci, a teraz turysci moga zwiedzac ich dawne wnetrza, oraz oczywiscie miejsca medytacji - kapliczki, mini-park Zen, porozstawiane wszedzie urny z kadzidelkami.
Niestety zaczal padac dosc ulewny deszcz, postanowilismy przeczekac, ale padalo coraz silniej, wiec zrezygnowalismy na dzis z odwiedzenia Swiatyni Srebrnej, wrocilismy autobusem do hotelu. A w centrum miasta nawet nie kropilo!
Czuje sie w Kyoto duzo bardziej komfortowo - miasto nie wydaje sie takim bezdusznym centrum biznesowym jak Tokio. Prawie wszedzie mozemy sie porozumiec po angielsku, widzimy sporo turystow z mapami w rekach przemierzajacych ulice tego barwnego miasta, spotkalismy tez wielu Polakow.
Po obiedzie poszlismy obejrzec urocza, zabytkowa dzielnice Pontocho, tuz obok slynnej dzielnicy Gejsz. Waskie uliczki, male , drewniane domki, w ktorych mozna zjesc wszystko chyba co tylko wystepuje w oceanie, mini kafejki, mini sklepiki z tradycyjnymi wyrobami Japonskimi.
Piatkowy wieczor zakonczylismy wycieczka po dzielnicy Gion, gdzie mieszkaja i pracuja Gejsze. Opisze to osobno , bo targaja mna bardzo mieszane uczucia.
Jakaz roznica w porownaniu z Tokio......skonczyly sie sliczne elegantki na wysokich obcasikach, panowie w nieskazitelnych bialych koszulach z marynarkami i teczkami w reku. Tutaj na ulicach widzimy sliczne Japonki ubrane ciekawie, choc mniej elegancko, mniej "bisness people",miasto tez wyglada jakos przyjazniej. No idalej wszedzie jest super czysto.
Doturlalismy sie z naszymi walizeczkami na kolkach jakos do hotelu, a tu tez mila niespodzianka - pani recepcjonistka mowi po angielsku! Bardzo spokojnie wyjasnila, gdzie zatrzymauja sie autobusy, ktorymi planowalismy jezdzic nastepnego dnia, gdzie wymienic pieniazki, a takze odpowiedziala na kilka innych pytan. Mialam ochote ja ozlocic!
Pokoik w Hotelu Unizo tez okazal sie troszke wiekszy - Kasiu, jesli pamietasz jaki pokoj mielismy w hostelu w Starsburgu - to mniej wiecej polowa tamtego. Ale jest wszystko, co potrzeba - ciepla woda, czyste lozko do spania, no i oczywiscie internet!
Wieczorem przeszlismy sie troche po miescie - mieszkamy w centrum, ulice pelne sa mlodych, wszedzie widac napisy w jezyku japonskim oraz angielskim. Zaczynam sie czuc troche lepiej.
Poniewaz w Japonii w cenie hotelu nie ma sniadania, to my co drugi dzien idziemy cos zjesc do pobliskiej kafejki, a co drugi- kupujemy sobie na sniadanie jakies bulki i rano do tego robimy sobie w pokoju herbate.
Pierwszego wieczoru w Kyoto po dlugim spacerze po okolicy weszlismy do wielkiego domu towarowego, zeby kupic cos na sniadanie nastepnego dnia. Dom towarowy to wielkie centrum handlowe, na 7 pietrach panie i panowie moga nabyc eleganckie ubrania oraz inne artykuly. W podziemiach tego centrum miesci sie ogromny sklep spozywczy. Tam tez poszlismy - po zjechaniu schodami ukazal nam sie radosny widok - ciemny chlebek z ziarnami, paczkowana wedlinka, pomidory, sliwki -ach juz w rekach mamy koszyk, portfele tez gotowe.....wypelniamy nasz koszyczek.....ale po chwili okazuje sie, ze za wszystko tutaj placi sie w osobnej kasie - za chleb w kasie obok chleba, za szynke w kasie obok wedlin, za pomidory w kasie z warzywami.......troszke to niewygodne, bylismy rozczarowani, ale zakupy w koncu zrobilismy. Wojtek poszedl potem w alejke z alkoholami, ja skrecilam do herbat, az tu nagle zobaczylam zolte sery! O kurcze - alez dawno nie jedlismy serow! Myszo!!!!! Zobacz - Gouda! Kupilismy oczywiscie, uswiadamiajac sobie, ze przez kilka dni nie widzielismy w ogole zoltych serow, kanapki ktore nieraz kupowalismy na sniadanie mialy wedline z jajkiem, ale nigdy nie bylo serow zoltych. Jajka w ogole sa w Japonii bardzo powszechne - juz w samolocie podali nam takie ciastko-zapiekanke z jajek i cukru, ktore potem wiele razy widzielimy w sprzedazy.
Poza tym prawie w kazdym sklepie spozywczym mozna kupic jedno lub dwa gotowane na twardo jaja. Brakuje nam tu troche warzyw i owocow - z owocow jedlismy winogrona, sa tez w sprzedazy brzoskwienie, i to wlasciwie wszystko. Ja zaczynam tesknic za pomidorami, ktore uwielbiam oraz za rzodkiewkami.
Rano w piatek wyruszylismy na zwiedzanie zabytkow historycznych Kyoto. Autobusem miejskim dojechalismy do Swiatyni Zlotej, ktora polozona jest w przepieknym parku. Miejsce to pochodzi z 15 wieku, obecnie jest to obiekt muzealny. Mielismy wiec okazje obejrzec przseliczna swiatynie Kinkaku Ji, podobno pokryta opilkami zlota, ktora majestatycznie stoi posrodku jeziora, a potem pzeszlismy przez park, podziwiajac pieknie uformowane drzewa -bonzaje, wierzby, japonskie klony, oraz wiele iglakow.
Stamtad przeszlismy spacerkiem przez ulice polnocnego Kyoto az do swiatyni Royan Ji - z roku 1450. Ta polozona jest rowniez w parku w stylu japonskim, mieszkali tu kiedys buddysci, a teraz turysci moga zwiedzac ich dawne wnetrza, oraz oczywiscie miejsca medytacji - kapliczki, mini-park Zen, porozstawiane wszedzie urny z kadzidelkami.
Niestety zaczal padac dosc ulewny deszcz, postanowilismy przeczekac, ale padalo coraz silniej, wiec zrezygnowalismy na dzis z odwiedzenia Swiatyni Srebrnej, wrocilismy autobusem do hotelu. A w centrum miasta nawet nie kropilo!
Czuje sie w Kyoto duzo bardziej komfortowo - miasto nie wydaje sie takim bezdusznym centrum biznesowym jak Tokio. Prawie wszedzie mozemy sie porozumiec po angielsku, widzimy sporo turystow z mapami w rekach przemierzajacych ulice tego barwnego miasta, spotkalismy tez wielu Polakow.
Po obiedzie poszlismy obejrzec urocza, zabytkowa dzielnice Pontocho, tuz obok slynnej dzielnicy Gejsz. Waskie uliczki, male , drewniane domki, w ktorych mozna zjesc wszystko chyba co tylko wystepuje w oceanie, mini kafejki, mini sklepiki z tradycyjnymi wyrobami Japonskimi.
Piatkowy wieczor zakonczylismy wycieczka po dzielnicy Gion, gdzie mieszkaja i pracuja Gejsze. Opisze to osobno , bo targaja mna bardzo mieszane uczucia.
Subskrybuj:
Posty (Atom)




































