Tego dnia rano wsunelismy nogi w slynne japonki, zgodnie z wymyslonym przez nas haslem "Jak zwiedzac Japonie, to tylko w Japonkach"
Wyszlismy z hotelu juz po 9 rano, przygotowani na 30oC, ale nie przygotowani na 80% wilgotnosci......juz po kilku minutach poczulismy wilgotnosc na calym ciele, tata stwierdzil, ze musimy zaczac wolniej chodzic, ale jakos przez caly dzien nam sie to nie udawalo. Zauwazylismy,ze Japonczycy idacy do pracy trzymaja w rekach male reczniczki, ktorymi wycieraja pot z czola w drodze do biur. Bardzo to powszschny tu zwyczaj, mysle, ze sluszny, przy tak duzej wilgotnosci. My tez tego dnia nabylismy za kwote 150 yenow maly niebieski reczniczek (dla papcia). Wczoraj pisalam o elegancji Japonek, dzis chce jeszcze dodac, ze one zamiast tych reczniczkow nosza w rekach parasolki, ktore to parasolki chronia ich delikatne cery od slonc. Wygladaja jeszcze sliczniej,modne sa takie parasoleczki nie-skladane, niezbyt duze, zwykle czarne, z zawinieta raczka. Juz pierwszego dnia zaczelam sie im blizej przygladac, i stwierdzialam, ze nie sa to takie zwykle parasoleczki - musza miec falbanke na obrzerzach, a do tego malym fontem wyhaftowane swiatowe marki takie jak Dior, Ralph Lauren, Kelvin Klein oraz inne. W drugim dniu pobytu w Tokio postanowilismy skorzystac z reklamowanych dla turystow autobusow "Hop on, hop off" z Tokyo Bus Tour. Wykupilismy sobie jednodniowe bilety, ktore pozwalaly nam korzystac z 3 roznych tras proponowanych przez firme. Sa to czerwono-zolte turystyczne busy, gdzie zwiedzajacy siadaja na pietrze odkrytego autobusu (parter jest tylko dla kierowcy), otrzymuja sluchawki, po
czym pozostaje juz tylko rozgladac sie z wysokosci pierwszego pietra, robic zdjecia, wysiadac w ciekawych miejscach, wracac , zeby wsiasc do kolejnego autobusu, bo one kursuja caly dzien od 10 rano do 8 wieczorem.
Tokio to wielka metropolia, zyje tu prawie 25 milionow ludzi! Stwierdzilismy, ze taka autobusowa wycieczka bedzie dla nas w sam raz. Kiedy wsiedlismy do autobusu mila stewardessa podala nam sluchawki, z informacja, zeby wlaczyc sobie kanal 1, ktory podaje informacje dla turystow w jezyku angielskim. Niestety bylismy bardzo rozczarowani, gdyz informacje te byly naprawde bardzo minimalne. Musielismy wiec przypominac sobie , co czytalismy w przewodnikach przygotowujac sie do wyjazdu. Nasze rozgoryczenie bylo tym wieksze, gdy slyszelismy, jak nasza filigranowa stewrdessa autobusowa przez caly czas przekazywala wiele informacji przez mikrofon po japonsku. Czulismy sie zawiedzeni. Zastanawiam sie w tym momencie czy jest to oznaka Japonskiej dumy narodowej, tego o czym troche czytalismy jadac tutaj. Japonczycy przez dlugi okres odcieli sie od calego swiata, ale to bylo juz tak dawno temu! Z jednej strony mowi sie, ze wszyscy tu ucza sie jezyka angielskiego, od przedszkolaka do studentow uniwersytetow, ciagle slyszymy jak wielu nauczycieli jezyka angielskiego ten kraj moze jeszcze wchlonac, ze kazdy z jasna karnacja skory, kto jako-tako zna angielski - dostaje wspaniale warunki pracy i traktowany jest jak krol. Z drugiej strony - my jakos nie zauwazylismy tej umiejetnosci poslugiwania sie angielskim nawet w miejscach turystycznych.W naszym 10-pietrowym hotelu"Ginza" w samym centrum Tokio - obsluga troszke tylko rozumiepo angielsku, nie mowi prawie nic. Kupujac bilety na trase autobusowa - w punkcie turystycznym- po angielsku nikt nie mowil. Stewrdessy autobusowe tez rozmawiaja z turystami zagranicznymi tylko "na migi" (balam sie troche kilka razy, czy na pewno wsiadziemy w dobra strone, ale oczywiscie moje obawy sa bezpodstawne gdy ma sie przy boku takiego swiatowego podroznika!). W knajpkach gdzie rano jemy sniadanie, lub potem lunch czy obiad - nikt nie mowi ani slowa po angielsku. Raz na sniadanie dostalam kawe, choc zwykle lubie pic herbate, bo chyba zle wskazalam na zdjecie. Oczywiscie mozna powiedziec, ze moze my powinnismy troche sie poduczyc jezyka japonskiego, co zreszta zrobilismy, ale i tak nikt nas nie rozumie. Natomiast ja mysle, ze jednak skoro japonczycy zachecaja turystow do odwiedzania ich pieknego kraju, to obsluga w miejscach turystycznych powinna znac choc podstawowe slowa. Na przyklad w pokoju mamy duzy nowoczesny telewizor Hitachi, ktory ma kikanascie kanalow telewizyjnych. Zgadnijcie ile jest w jezyku angielskim? Nie uwierzycie, zero. Choc Wojtek uparcie wlacza go codziennie, mowiac,ze moze choc troche osluchamy sie z jezykiem, a wczoraj nawet obejrzal jakis mecz pilki noznej : wiem tylko ze grala Japonia z Kuwejtem, ale kto wygral juz nie wiem, bo zasnelam.....
My dajemy sbie jakos rade glownie dzieki wnikliwemu przygotowaniu naszej trasy jeszcze przed wyjazdem, ale takze dzieki urzadzeniu iPhone, ktory juz nieraz zaoszczedzil nam starty czasu. Bo przeciez duzo chodzimy, a pajeczyna ulic mocno jest utkana. Pierwsza nasza trasa autobusowa -koloru zielonego- prowadziala z centrum, gdzie mieszkamy, poprzez kolejne wielkie centra biznesowe (dowiedzielismy sie, ze w tokijskim centrum biznesowym pracuje okolo 70 tys ludzi -choc nikt tu nie mieszka,w nocu jest tu pusto), obok 600 metrowej Skytree Tower,obok przeszklonych kompleksow Fuji television, AQua City - duza czesc tych kompleksow zbudowana zostala w ostatnich latach na ziemiach wydartych morzu. Wysiedlismy na godzine, zeby zwiedzic jedna z wielu swiatyn buddyjskich. W Japonii dominuja 2 religie - buddyjska oraz shinto. Przeplataja sie ze soba, czytalismy ze w dawnych czasach wielu mnichow buddyjskich budowalo w ktoryms momencie swego zycia swiatynie shintu, i ze nikogo to nie dziwilo. Jest tak chyba do tej pory, bo japonczycy chodza do wielu swiatyn, wiekszoc na co dzien sie nie modli, modla sie , gdy tego potrzebuja, a jesli zycie plynie im szczesliwie, to modlitwa jest zbedna. Po pierwszym autobusowym objezdzie stolicy bylismy bardzo zmeczeni sloncem,wiec postanowiismy odpoczac w super nowoczesnym klimatyzowanym centrum konferencyjnum, ktorego hall wyglada jak wnetrze statku zbudowanego ze szkla i stali. Zjedlismy lunch zlozony glownie z owocow morza, do tego zimne Sapporo. Po godzinie bylismy gotowi znowu wsiasc do autobusu, tym razem do linii niebieskiej.
Trasa znowu prowadzila przez rozlegle, zatloczone miasto. Ale mimo wielkiego tloku-samochody, piesi, rowerzysci, autobusy miejskie- caly czas posuwalismy sie do przodu. I znowu wiezowce pelne kolorowych reklam, jechalismy prze znajwieksza w Japonii dzielnice gdzie sprzedaje sie elektronike, potem - dzielnica dla kucharzy i wlscicieli reatauracji, potem dzielnica uniwersytecka, z galeriami, ksiegarniami -wszedzie morze ludzi, morze sklepow. Wysiedlismy w starej dzienicy Tokio , zwanej Asakusa. Pochodzilsimy troche po waskich uliczkach, a potem weszlismy do wielkiej swiatyni, Sensoji Temple. Ja mialam tam dosc ciekawy przypadek. Najpierw przed wejsciem do swiatyni umylismy rece w specjalnej fontannie, potem podeszlismy do urny, w ktorej zapalone byly kadzidla, postalismy kilka minut, zeby powdychac zapach specjalnych kadzidel, a potem weszlismy do srodka . Obserwowalismy modlacych sie Japonczykow, my tez cos sobie zmowilismy w naszym jezyku. A potem ja podeszlam do miejsca, gdzie zobaczylam szereg mini-szufladek, a przed nimi staly sloje z drewnianymi patyczkami. Ludzie podchodzili, potrzasali slojami i wyciagali jeden patyczek. Byly tam na szczescie (lub moje nieszczescie) napisy po angielsku, wiec doczytalam ze mozna wyciagnac dobra lub zla
wrozbe. Postanowilam zaryzykowac, wyciagnelam patyczek z jakimis dwoma japonskimi literkami, potem zaczelam szukac szufladki z takimi samymi dwoma literkami, zeby z tej szufladki wyciagnac wrozbe. Pomogly mi (nie chcialam sie pomylic, wiec dlugo wpatrywalam sie w patyczek i szufladki) jakies obok stojace dziewczyny - okazalo sie, ze jedna jest Japonka, a druga Angielka. Z pomoca Japonki wyciagnela swoja wrozbe - byla niefortunna (bad fortune). Japonka tez taka miala - powiedziala mi, ze takich 'bad fortune' sie nie
zabiera, podeszlysmy do stojacego w poblizu drewnianego wieszaka, na ktorym byly zawiazane karteczki - i my tez zwinelysmy nasze , a potem zawiazalysmy na patyku. Tak wiec udalo mi sie zostawic moja wrozbe na miejscu.......niestety dziewczyny juz odeszly, wiec nie dowiedzialam sie co mnisi robia potem z tymi karteczkami (moze pala?) Maki - powyzszy opis dedykuje specjalnie dla Ciebie,juz sobie wyobrazam jak czytajac go myslisz "czary, mary "Wrocilismy do hotelu okolo 7 wieczorem , odpoczelismy chwilke, a potem wyszlismy do malego baru obok naszego hotelu na sushi. Jest to male miejsce, gdzie goscie siadaja na wysokich stolkach przy barze, a 3 kucharzy podaje sushi. Tym razem jeden z nich troszke mowil po angielsku, my tez zaczelismy uzywac nasze pojedyncze wyrazy japonskie, bylo nam wiec milo. My zamowilismy zestaw 8 kawalkow sushi oferowany przez wlasciciela, ale inni goscie siedzieli i zamawiali po jednym kawalku sushi. Wszystko bylo bardzo smaczne, wydaje nam sie ze ryby pochodza z pobliskiego targu rybnego. Postanowilismy wrocic tam raz jeszcze, dzis wieczorem, wraz ze slownikiem. Teraz jest juz sroda rano - poszlismy na kanapke i herbate do pobliskiej kawiarnii. Koncze tu kolejny wpis, ale juz musimy ruszac na
miasto - szkoda dnia. Tak malo mam czasu na pisanie.......wieczorem nie mam sily, oczy zamykaja sie same po calym dniu chodzenia.
Aga - jesli to przeczytasz - to przesylam wyrazy uznania - pamietam wiele razy siedzialas o 2 w nocy piszac bloga z pobytu w US.Dzis dzien wolniejszy -chcemy pojsc do muzeum lub galerii, a moze uda nam sie pojsc do teatru na slynne japonskie przedstawienie "Kabuki" Koncze juz, chce tylko dodac ze tata rano zakladajac swoja czerwona koszulke pamietal, ze to prezent od pp.Wasiak.
Zalaczam kilka fotek, robimy ich oczywiscie bardzo duzo.
Usciski, sayo nara!
.jpg)



Brak komentarzy:
Prześlij komentarz