niedziela, 14 czerwca 2015
Ostatnia Kryniczanka
To już ostatni dzień naszego łazikowania. Znów wybraliśmy się dookoła Krynicy. Nigdzie się nie spieszyliśmy. Mieliśmy czas na porozmawianie, nabranie słońca, skakanie z dzieciakami i wieczorne posiedzenie. Trzeba pójść na 9 dni w góry by nareszcie znaleźć utracony czas.
piątek, 5 czerwca 2015
Wokół Krynicy
Do Krynicy trafiliśmy z Markiem PKS-em, reszta przyjechała furką. Deptak pełen ludzi, oscypków, żurawiny, miodu i kolorowych kiecek, baloników na druciku, piszczących fiukawek z drewna... Festyn góralsko-ceprowski. Z muszli koncertowej dobiegała Violetta Villas, z przystanku dorożek donośne wiśta wio. Tłuszcza tłoczyła się po świeżo kręcone lody, piegowata pani zapraszała na masaże. Szlak wskazał nam dopiero woźnica. Uciekliśmy z rozkrzyczanej Krynicy w leśną głuszę.
Dookoła miasteczka seniorzy chodzą z godnie trzymanymi w obu dłoniach kijkami. Młode pary trzymają się za rękę i nie zwracają uwagi na widoki, a rodziny próbują utrzymać dzieci w zasięgu wzroku. Różnokolorowe szlaki poprowadziły nas przez Przełęcz Krzyżową, Jaworzynkę, Kopciową, aż na Huzary, gdzie za obiecane panoramy robił jeden mały domek Mochnaczki Wyżnej widoczny pomiędzy świerkami. Na chwilkę na polanę wbiegł Pan Wariat i zaczął się dopytywać z prędkością karabinu maszynowego, którędy do widoków – posłaliśmy go wprost na Radziejową ;) i sami zeszliśmy zasypanymi kwieciem łąkami z powrotem do Krynicy.
Na obiad skusiła nas knajpa oferująca kotlet bacy, maczankę krakowską, pstrąga z chrzanem i polędwiczki wieprzowe. Pyszności znikały w naszych ustach podobnie, jak podawane w ramach przystawek chleb ze smalcem i z rydzami oraz oscypek z żurawiną.
Wieczorem bolały nogi, ale któż by się tam przejmował spiętymi łydkami, kiedy zimne piwo chłodziło się od rana w lodówce ;)
P.S. Na wieczór dostaliśmy smsa od Oli, że oczywiście przeszła więcej niż założyła i jak tu planować dalej, skoro takie kwiatki ;)
czwartek, 4 czerwca 2015
Goście na Boże Ciało
Msza na Boże Ciało z procesją w Składzistym trwa 1,5h. Mężczyżni nawet nie zdążą się przez ten czas dobrze przypatrzeć się odświętnie ubranym kobietom. Szkoda, bo jest czemu. Po żwirze dookoła kościoła szurają czerwone, kuriozalnie wysokie szpilki. Kolana błyskają spod halek i plis. Pasujące raczej na wesele niż na Mszę dekolty, odkryte ramiona i koronki pozostawiają niewiele do odkrycia. Mężczyźni dzielnie znoszą upał w białych, krochmalonych koszulach. Dzieci zaś są tak wielobarwne, jak to tylko możliwe. Czerwone, pomarańczowe, czarne i zielone hafty i wstęgi zdobiące stroje ludowe dodają uroku zarówno małym chłopcom dzwoniącym dzwoneczkami, jak i sypiącym świeże kwiaty małym dziewczynkom. Za sztandarami idą feretrony, za nimi zaś Najświętszy Sakrament pod złotym, wyszywanym baldachimem. Gruba śpiewaczka z wysokości swoich piętnastocalowych hologramowych szpilek wywija sopranem a ksiądz okadza i błogosławi świat cały szerokoramiennym krzyżem.
Ekipa 3m (Mateusz, Mama Kamila i Marek) dojeżdżała do nas przed południem. Szymon wyskoczył po nich do Nowego Sącza, a my z Natką, zaczęłyśmy robić dyplomy dla dzielnych zdobywców Hali Łabowskiej. Powitanie, obiadowanie i już byliśmy na trasie do schroniska na Hali, gdzie czekała na nas Ola. Ola zrobiła trasę z Krynicy na Halę w trzy i pół godziny zamiast przepisowych sześciu, no bo przecież umówiłyśmy się na górze na piątą ;) Szaleństwo ;)
Subskrybuj:
Posty (Atom)
