Upał czuć było od samego rana. Już przy kawie i upinaniu włosów Małej czułam perlące się czoło. Podchodziliśmy w pełnym przedpołudniowym słońcu. Szybkooddychające koszulki wywieszały jęzory, próbując się schłodzić. Wlewaliśmy w siebie piwniczankę hektolitrami. Musowała usta, zostawiała niedosyt. Na niebie nie było ani jednej chmurki. W dole malowniczo rozciągała się Piwniczna Zdrój. Pośród zielonych wzniesień wił się szary Poprad. Mała rączka mocniej zaciskała się w mojej na widok stada owiec i dużych pasterskich psów. Szymon coraz ciaśniej zapinał paski od plecaka. Tylko buczyna dawała przyjemny cień. Pod kapliczką autochton pił zimne, kroplami spływające piwo. Trzeci raz pomyliliśmy szlak i padliśmy na twarz na Hali Pisanej. Na siłę wkładaliśmy do ust słodkie bułki. Schodziliśmy na ostatnich nogach. Zamek w Rytrze minęliśmy tylko rzucając na niego okiem. Obejrzymy go z bliska następnym razem. Pod autem roztopił się asfalt, podobnie jak i nasze marzenia o długich wieczornych rozmowach. W domu piwo smakowało tak dobrze jak woda. Spaliśmy zanim zaplanowaliśmy kolejny dzień ;)


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz