poniedziałek, 29 kwietnia 2013

Radość z pianką

Śnią nam się sny dziwne. O chronieniu najbliższych, o zachowywaniu swoich zasad, o uciekaniu z jakichś obozów... Przestawianie się na tryb odpoczynkowy trwa jednak chwilkę dłużej niż myślałam. Już teraz śpimy po 11 h dziennie. Mam nadzieję, że jeszcze 2-3 dni i uda nam się zejść od przepisowych 9.
Ranki są najcięższe. Rozciąganie nóg trwa w nieskończoność. Gotujemy herbatę i trzeszczymy barkami, myjemy kubeczki i naciągamy Achillesy, Maciek klnie cichutko, nie ma już nawet siły na soczyste słowo. Z "Odrodzenia" wychodziliśmy spiesząc się bardzo, bardzo, a i tak było dobrze po 11. 
Udało nam się w miarę zgrabnie pokonać śnieg na kotłach, tak że mieliśmy czas na zagapienie się w Wielki Staw. Białe, gigantyczne kry-wieloryby tłoczyły się do ujścia stawu, uciekając od huczących wodospadów zasilających niebieskie oczko. 
W żółtym Domu Śląskim zjedliśmy po kanapce, spojrzeliśmy na czekającą nas trasę i chapnęliśmy jeszcze po jednej. Zimny, zacinający deszczem wiatr próbował nas zdmuchnąć przy podejściu na Śnieżkę. Na górze jak zwykle pocałowaliśmy klamkę kapliczki i szybko uciekliśmy z zatłoczonej, parnej sali schroniska pełnej grubych bab w adidasach i gówniarzy w trampkach. Jakieś kanapowe pieski patrzyły na nas wielkimi oczami prosząc, żebyśmy je znieśli po śniegu, bo już nie dają rady na tych swoich krótkich nóżkach. Wietrzna pogoda miała jednak jakieś plusy - przewiało się i pierwszy raz od trzech dni udało nam się rozejrzeć po świecie. Maćkowi jak ręką odjął, przeszły wszystkie bule i wstąpiła weń nadzieia ;)
Ze Śnieżki schodziliśmy, a raczej zjeżdżaliśmy na butach. Wąskie ścieżki między kosodrzewinami pełne były mokrego, zlodowaciałego śniegu. Warto jednak było się trudzić. W Jelence zarządziliśmy sobie po ciemnym piwku. I tak sobie pomyślałam w przebłysku pijanego widu (głodna panna+duży wysiłek+cieme piwko = pijana na pół godziny głodna panna), że są w życiu kobiety chwile piękne i że chyba niewiele rzeczy może się równać z taką pianką po zdobyciu szczytu ;)
Niewiele?
Może i niewiele, ale zdążyliśmy wyjść ze schroniska, kiedy nad głowami pojawiła nam się tęcza ;)
Przeszliśmy przez Przełęcz Okraj, na żółtym szlaku minęliśmy się z sarną, a na Przełęczy Kowarskiej zgarnął nas pan, u którego dziś nocujemy. Uwielbiam to miejsce. To jedno z tych miejsc, do których mogę wracać w ciemno - agroturystyka Zielona Gęś.
O tym chyba już jednak jutro, bo dziś znów idę za późno spać i jutro znów zaczniemy dzień od niekończącego się przeciągania ;)
































Zagapienie

Wieczorem cicho powlekamy pościel. Ja coś piszę, Maciek coś pije. Obmyślamy pro forma kolejny dzień. I tak pójdziemy czerwonym szlakiem, i tak zanocujemy tam, gdzie zawędrujemy. Trochę czytamy jednak przewodnik, trochę patrzymy na mapę. Zastanawiamy się, czy jutro też będzie taka mgła, czy też uda nam się popatrzeć na wszystko z góry, z perspektywy. Dotychczas nie miałam czasu się ponudzić. Tak spokojnie pomyśleć, nic nie planować tylko w ciszy popatrzeć na widnokrąg. Czekam na ten czas. W ciągu dnia jednak jest chłodno i każde zatrzymanie wyciąga z nas cenne ciepło. Wieczorami zaś jesteśmy zmęczeni, pijemy usypiające piwko i gadamy o głupotach.
Mijają nas raczej młodzi ludzie. Chłopcy opiekują się swoimi dziewczynami, te zaś śmieją się wdzięcznie. Słucham tego perlistego śmiechu i sprawia mi on przyjemność. W ogóle łapię się na tym, że wiele drobnych rzeczy sprawia mi przyjemność. Zagapiam się na kosodrzewinę, albo na brzuchate ptaki, gładzę śliskie rękojeści kijków, albo głęboko wciągam powietrze. Pochłaniam tę wilgoć, której tak mi zimą brakowało. I nie tęsknię. Jasne, że lubię Warszawę, pracę, znajomych, jasne, że myślę o rodzicach i rodzeństwie, ale teraz to wszystko jest jakby na dalszym planie. Na pięć minut odchodzi w cień. Mam chyba wreszcie swoje pięć minut;)







Przez śnieg i mgłę

Dziś zderzenie z naturą. Rano nie mogliśmy się zebrać. Maćka bolało wszystko. Ostrożnie schodził z czwartego piętra. Na szlaku tłumaczył mi, że oddycha kierując energię w bolące miejsca. Chyba pomogło, bo zrobiliśmy sześciogodzinną trasę. Muszę powiedzieć o tej metodzie na oddziale chirurgicznym;)
Ze Szklarskiej wyprowadził nas czarny jak węgielek kundelek. Zatęskniłam przez pół chwilki za Cyrkiem. Deszcz padał nieprzerwanie, w miarę jednak, jak wychodziliśmy wyżej, zmieniał się w lekki wiatr z osadzającą się na kurtkach mgłą. Na wierchu na szczęście nie padało. Popatrzyliśmy na rwący, huczący wodospadem Kamieńczyk potok. Pod Halą Szrenicką spotkaliśmy ludzi, z którymi nocowaliśmy w Szklarskiej. Na Łabskim dołączyła do naszej czwórki jeszcze para Młodziaków. Wszyscy jednak odpadli przy przechodzeniu przez kolejny śnieżny jęzor. Bali się, że trawersując zbocze zjadą wraz ze śniegiem na piargi. Poszliśmy dalej.
Mgła w powietrzu zaczęła zlewać się ze śniegiem na grani. Dookoła zrobiło się bardzo cicho. Gdzieś w oddali tylko kukała kukułka. Oddychałam do końca ostatniego pęcherzyka. Miałam wrażenie, że nareszcie mam spokój. Nie myślałam o robocie, o domu, o wszystkich tych pierdołowatych stresach dnia codziennego. W górach jest jednak wszystko to, co kocham;)
Jutro znów dzień na wysokości. Zdobywamy Śnieżkę i kierujemy się przez Przełęcz Okraj do Leszczyńca do Zielonej Gęsi. Już cieszę się na spotkanie z małżeństwem z jednej z moich ulubionych agroturystyk. Póki co jednak kończymy drugie, a może już trzecie piwko i mamy czas na pogadanie. Ot takie od serca. Do miłego zatem, do jutra;)







sobota, 27 kwietnia 2013

Szlakiem Orłowicza

W Świeradowie Zdroju wysiedliśmy z PKS-u jak dwie kupki nieszczęścia. Wymięci podróżą w zatłoczonym przedziale, powykrzywiani fotelami Polbusa próbowaliśmy się przereorganizować na przystanku. Dołożyliśmy po drugiej parze skarpet, zarzuciliśmy na wierzch softshelle, dokupiliśmy po kajzerce i ruszyliśmy w góry.
Świeradów jest nieprzypadkowy. To tutaj ma swój początek szlak Orłowicza. Pamiętam jaką frajdę sprawiało mi przechodzenie kolejnych etapów Głównego Szlaku Beskidzkiego, też czerwonego, nie mam więc wątpliwości, że i tutaj mi się spodoba. Z resztą zeszłoroczny rekonesans wypadł nad wyraz przyzwoicie.
Mamy zatem plan, aby ruszając ze Świeradowa kierować się na wschód (east, always into the east;) i wrócić z miejsca, w którym skończy nam się czas. Ten czas to pięć dni dla Maćka, a dziewięć dla mnie. Dziś był nasz pierwszy dzień. W sumie dla Maćka to pierwszy, pierwszy dzień - dziś zaczął swoje chodzenie po górach. Teraz leży koło mnie z nogami w górze, bo spuchly mu kostki i coś tam go w chałce boli, ale mówi, że już planuje zakup zestawu małego łazika.
Izery przyjęły nas ciepło i wilgotno. Cały Boży dzień szliśmy we mgle, w której widoczność nie przekraczała 50 m. Lekkie podmuchy przynosiły kolejne drobinki wody. Maciek przecierał okulary, błyszczał kroplami mgiełki na brodzie. Zakładaliśmy i zdejmowaliśmy kolejne warstwy ubrań w miarę podchodzenia i schodzenia z pagórków. Wśród mgły mogliśmy rozróżnić tylko kolejne polany wymarłych drzew. Nie były straszne, raczej piękne. Jak pomniki dawnej świetności. Starymi konarami przecinały gęste, wilgotne powietrze. Nie potrzebowały już nikogo i niczego. Jakby żyły wbrew obumarciu.
Góry spływały wodą. Szumiały potokami, rozmywały nam ścieżki. Topniejący śnieg zasilał kolejne jeziorka i kałuże. W przejrzystej wodzie błyszczał skrzek pomarańczowobrzuchych traszek. Złapałam jedną zwinną bestyjkę na dłoń. Patrzyła na mnie z tą samą ciekawością, z jaką ja na nią.
Powoli kończymy osmotyczne wyrównywanie wiadomości. Lubię ten czas, kiedy więcej już jest omówione niż nie, kiedy zaczyna się cisza odmierzana szumem drzew i kroplami spadajacymi z drzew. Jeszcze dzień, dwa i zdejmiemy robocze fartuchy, poradzimy sobie z domowymi problemami, zapomnimy o wczorajszych stresach. Jutro ruszamy w wyższe góry - wchodzimy w Karkonosze. Maciek czyta, którędy będziemy szli. Zasypia w połowie każdego kolejnego zdania;)
P.S. Dziś mamy słabe łącze, może uda nam się dodać fotki jutro.















wtorek, 23 kwietnia 2013

Wiosenne pobudzenie


Warszawa ostatnio jest nie do wytrzymania. Jeszcze tydzień temu zamrożona na kamień, pokryta śniegiem, całkowicie wymarła, dziś budzi się do życia. E tam budzi. Rwie się jak szalona! Atakuje wszystkie zmysły, zupełnie nie pozostawia miejsca na odpoczynek. Jeszcze miesiąc temu w Kampinosie cieszyłam się wygłuszoną śniegiem puszczą, niesamowitą ciszą bezruchu. Dziś wszystko szeleści, buczy, szumi. Pocierają o siebie gałęzie, opadają małe łuski z pąków, z każdego pora ziemi wyłażą małe zielone trawki, a całe to towarzystwo gaworzy jak najęte, nie pomaga zamknięcie okien, ani zajęcie się czymś innym. W tle wciąż słychać tę nieustanną krzątaninę przyrody. Do tego na każdym rogu stoją zieloni panowie. Przycinają gałęzie, strzygą krzaczory, czeszą trawniki. Jakbyśmy przygotowywali się do wielkiego otwarcia, fiesty na cześć wiosny. No i ten zapach. Niby jeszcze nie ma kwiatów, ot przyczaiłam znienacka rano za sklepem jakąś małą forsycje i trzy kolorowe bratki, a jednak wszystko już pachnie mokrą ziemia, słodkimi żywicami i tą nigdzie więcej nie spotykaną mokrością znad Wisły. Buczy, pachnie i jakby dostało życia. Mężczyźni nie wiedzą gdzie podziać oczy, naraz zewsząd wyłoniły się, blade jeszcze po zimie, ale już nabierające rumieńcy, chociażby od ukradkowych spojrzeń, biusty, zalśniły wysokoobcasowe łydki, wyłagodziły się uśmiechy, wystawiane na przystankach do słońca twarze. Ludzie jakby nabrali życia: wszędzie pełno rowerów, wózków z dziećmi, bąbli na hulajnogach i przeskakujących mi nad wyciągniętymi nogami deskorolkarzy (że też im zębów nie szkoda). Warszawa jest już nie do wytrzymania. Trzeba spadać w góry ;)

niedziela, 21 kwietnia 2013

Masa 1943 - w hołdzie bohaterom getta

Czasem mam wrażenie, że jestem we właściwym miejscu o właściwym czasie. Tak chyba było i dziś. Pierwszy raz byłam na masie krytycznej - czyli rowerowym przejeździe po mieście. 
Ludzi multum. Starsi i zupełnie malutcy pomykali powolutku na tych swoich Giantach, Krossach i innych Jubilatach. Dziewczyny przyczepiły świeże kwiaty do koszyków na kierownicach, chłopcy mieli na sobie te śmieszne, obcisłe gacie. Starsi panowie nadawali powagi peletonowi, młode mamy uganiały się za różowymi kitkami przy rączkach swoich pociech, tatusiowe wieźli swoich Kajtków w przyczepkach.
Jechaliśmy ulicami dawnego getta żydowskiego. Mijaliśmy Grzybowską, gdzie Adam Czerniaków popełnił samobójstwo, Żelazną, na której jeszcze nie tak dawno modlił się cadyk z Góry Kalwarii, Stawki z Umschlagplatzem, Twardą niedaleko synagogi Nożyków, Nowolipki, skąd wydobyto pierwszą część Archiwum Ringelbluma... Na koniec wylądowaliśmy na Zamenhofa pod Muzeum Historii Żydów Polskich. Mam nadzieję wybrać się tam niedługo i zdać fotorelację, bo budynek jest piękny - nie wiem czy widziałam w Warszawie równie piękne wnętrza.
Punkt 19 wraz z innymi stanęliśmy na granicy getta, minutą ciszy uczciliśmy pamięć ofiar. Na pomnikach w całej Warszawie leżały świeże, Edelmanowskie żonkile...


















wtorek, 16 kwietnia 2013

Śladami Chopina

Chciałabym, żeby mi ktoś podpowiedział jak i co. Tak żeby poprowadził mnie za rękę. Obiecał, że na końcu będzie garniec złota. Póki co wykradam życiu weekendy. Tym razem obraliśmy kierunek na zachód - śladami Chopina. Udało nam się dotrzeć do Żelazowej Woli, gdzie mistrz się urodził i do Brochowa, gdzie był ochrzczony. Stodoła robiąca za dworek - kiepściutka, niewarta na pewno 23 zeta za wejście; park dookoła ładny, choć momentami sprawiający wrażenie na siłę abstrakcyjnego - w samym rogu leciało nagranie jakichś krzyczących dzieci, wyobrażam sobie, że całość może robić lepsze wrażenie późną wiosną; obronny kościół za to mistrzowski. Udało nam się przekonać księdza, żeby wpuścił nas na organy i do jednej z wież - widok najpierw na trójwymiarowy sufit świątyni, a potem na rozlaną na okolicznych łąkach Bzurę bezcenny. Na koniec mieliśmy ochotę coś przekąsić - największą pizzę w okolicy - nie daliśmy rady sześćdziesięciu trzem centymetrom średnicy ;)