Śnią nam się sny dziwne. O chronieniu najbliższych, o zachowywaniu swoich zasad, o uciekaniu z jakichś obozów... Przestawianie się na tryb odpoczynkowy trwa jednak chwilkę dłużej niż myślałam. Już teraz śpimy po 11 h dziennie. Mam nadzieję, że jeszcze 2-3 dni i uda nam się zejść od przepisowych 9.
Ranki są najcięższe. Rozciąganie nóg trwa w nieskończoność. Gotujemy herbatę i trzeszczymy barkami, myjemy kubeczki i naciągamy Achillesy, Maciek klnie cichutko, nie ma już nawet siły na soczyste słowo. Z "Odrodzenia" wychodziliśmy spiesząc się bardzo, bardzo, a i tak było dobrze po 11.
Udało nam się w miarę zgrabnie pokonać śnieg na kotłach, tak że mieliśmy czas na zagapienie się w Wielki Staw. Białe, gigantyczne kry-wieloryby tłoczyły się do ujścia stawu, uciekając od huczących wodospadów zasilających niebieskie oczko.
W żółtym Domu Śląskim zjedliśmy po kanapce, spojrzeliśmy na czekającą nas trasę i chapnęliśmy jeszcze po jednej. Zimny, zacinający deszczem wiatr próbował nas zdmuchnąć przy podejściu na Śnieżkę. Na górze jak zwykle pocałowaliśmy klamkę kapliczki i szybko uciekliśmy z zatłoczonej, parnej sali schroniska pełnej grubych bab w adidasach i gówniarzy w trampkach. Jakieś kanapowe pieski patrzyły na nas wielkimi oczami prosząc, żebyśmy je znieśli po śniegu, bo już nie dają rady na tych swoich krótkich nóżkach. Wietrzna pogoda miała jednak jakieś plusy - przewiało się i pierwszy raz od trzech dni udało nam się rozejrzeć po świecie. Maćkowi jak ręką odjął, przeszły wszystkie bule i wstąpiła weń nadzieia ;)
Ze Śnieżki schodziliśmy, a raczej zjeżdżaliśmy na butach. Wąskie ścieżki między kosodrzewinami pełne były mokrego, zlodowaciałego śniegu. Warto jednak było się trudzić. W Jelence zarządziliśmy sobie po ciemnym piwku. I tak sobie pomyślałam w przebłysku pijanego widu (głodna panna+duży wysiłek+cieme piwko = pijana na pół godziny głodna panna), że są w życiu kobiety chwile piękne i że chyba niewiele rzeczy może się równać z taką pianką po zdobyciu szczytu ;)
Niewiele?
Może i niewiele, ale zdążyliśmy wyjść ze schroniska, kiedy nad głowami pojawiła nam się tęcza ;)
Przeszliśmy przez Przełęcz Okraj, na żółtym szlaku minęliśmy się z sarną, a na Przełęczy Kowarskiej zgarnął nas pan, u którego dziś nocujemy. Uwielbiam to miejsce. To jedno z tych miejsc, do których mogę wracać w ciemno - agroturystyka Zielona Gęś.
O tym chyba już jednak jutro, bo dziś znów idę za późno spać i jutro znów zaczniemy dzień od niekończącego się przeciągania ;)








































































