W Świeradowie Zdroju wysiedliśmy z PKS-u jak dwie kupki nieszczęścia. Wymięci podróżą w zatłoczonym przedziale, powykrzywiani fotelami Polbusa próbowaliśmy się przereorganizować na przystanku. Dołożyliśmy po drugiej parze skarpet, zarzuciliśmy na wierzch softshelle, dokupiliśmy po kajzerce i ruszyliśmy w góry.
Świeradów jest nieprzypadkowy. To tutaj ma swój początek szlak Orłowicza. Pamiętam jaką frajdę sprawiało mi przechodzenie kolejnych etapów Głównego Szlaku Beskidzkiego, też czerwonego, nie mam więc wątpliwości, że i tutaj mi się spodoba. Z resztą zeszłoroczny rekonesans wypadł nad wyraz przyzwoicie.
Mamy zatem plan, aby ruszając ze Świeradowa kierować się na wschód (east, always into the east;) i wrócić z miejsca, w którym skończy nam się czas. Ten czas to pięć dni dla Maćka, a dziewięć dla mnie. Dziś był nasz pierwszy dzień. W sumie dla Maćka to pierwszy, pierwszy dzień - dziś zaczął swoje chodzenie po górach. Teraz leży koło mnie z nogami w górze, bo spuchly mu kostki i coś tam go w chałce boli, ale mówi, że już planuje zakup zestawu małego łazika.
Izery przyjęły nas ciepło i wilgotno. Cały Boży dzień szliśmy we mgle, w której widoczność nie przekraczała 50 m. Lekkie podmuchy przynosiły kolejne drobinki wody. Maciek przecierał okulary, błyszczał kroplami mgiełki na brodzie. Zakładaliśmy i zdejmowaliśmy kolejne warstwy ubrań w miarę podchodzenia i schodzenia z pagórków. Wśród mgły mogliśmy rozróżnić tylko kolejne polany wymarłych drzew. Nie były straszne, raczej piękne. Jak pomniki dawnej świetności. Starymi konarami przecinały gęste, wilgotne powietrze. Nie potrzebowały już nikogo i niczego. Jakby żyły wbrew obumarciu.
Góry spływały wodą. Szumiały potokami, rozmywały nam ścieżki. Topniejący śnieg zasilał kolejne jeziorka i kałuże. W przejrzystej wodzie błyszczał skrzek pomarańczowobrzuchych traszek. Złapałam jedną zwinną bestyjkę na dłoń. Patrzyła na mnie z tą samą ciekawością, z jaką ja na nią.
Powoli kończymy osmotyczne wyrównywanie wiadomości. Lubię ten czas, kiedy więcej już jest omówione niż nie, kiedy zaczyna się cisza odmierzana szumem drzew i kroplami spadajacymi z drzew. Jeszcze dzień, dwa i zdejmiemy robocze fartuchy, poradzimy sobie z domowymi problemami, zapomnimy o wczorajszych stresach. Jutro ruszamy w wyższe góry - wchodzimy w Karkonosze. Maciek czyta, którędy będziemy szli. Zasypia w połowie każdego kolejnego zdania;)
P.S. Dziś mamy słabe łącze, może uda nam się dodać fotki jutro.








Brak komentarzy:
Prześlij komentarz