Dziś zderzenie z naturą. Rano nie mogliśmy się zebrać. Maćka bolało wszystko. Ostrożnie schodził z czwartego piętra. Na szlaku tłumaczył mi, że oddycha kierując energię w bolące miejsca. Chyba pomogło, bo zrobiliśmy sześciogodzinną trasę. Muszę powiedzieć o tej metodzie na oddziale chirurgicznym;)
Ze Szklarskiej wyprowadził nas czarny jak węgielek kundelek. Zatęskniłam przez pół chwilki za Cyrkiem. Deszcz padał nieprzerwanie, w miarę jednak, jak wychodziliśmy wyżej, zmieniał się w lekki wiatr z osadzającą się na kurtkach mgłą. Na wierchu na szczęście nie padało. Popatrzyliśmy na rwący, huczący wodospadem Kamieńczyk potok. Pod Halą Szrenicką spotkaliśmy ludzi, z którymi nocowaliśmy w Szklarskiej. Na Łabskim dołączyła do naszej czwórki jeszcze para Młodziaków. Wszyscy jednak odpadli przy przechodzeniu przez kolejny śnieżny jęzor. Bali się, że trawersując zbocze zjadą wraz ze śniegiem na piargi. Poszliśmy dalej.
Mgła w powietrzu zaczęła zlewać się ze śniegiem na grani. Dookoła zrobiło się bardzo cicho. Gdzieś w oddali tylko kukała kukułka. Oddychałam do końca ostatniego pęcherzyka. Miałam wrażenie, że nareszcie mam spokój. Nie myślałam o robocie, o domu, o wszystkich tych pierdołowatych stresach dnia codziennego. W górach jest jednak wszystko to, co kocham;)
Jutro znów dzień na wysokości. Zdobywamy Śnieżkę i kierujemy się przez Przełęcz Okraj do Leszczyńca do Zielonej Gęsi. Już cieszę się na spotkanie z małżeństwem z jednej z moich ulubionych agroturystyk. Póki co jednak kończymy drugie, a może już trzecie piwko i mamy czas na pogadanie. Ot takie od serca. Do miłego zatem, do jutra;)




Brak komentarzy:
Prześlij komentarz