środa, 21 sierpnia 2013

Mądrale

Siedzimy z Maćkiem na przeciwległych burtach i rozmawiamy o byłych. Że dziś już byśmy się tak nie zachowali, szybciej byśmy odpuszczali i mniej się głupio przy swoich racjach upierali. Tłumaczymy sobie, jak to porzucalibyśmy egoizm na rzecz dobra wspólnego i bardziej wsłuchiwali jedno w drugie. Dziś już jesteśmy o tyle mądrzejsi, dziś nasze związki potoczyłyby się zupełnie inaczej. Tak rozmawiamy sobie przy leniwym plusku wody o burty i jedynce w baksztagu. Dwoje mędrców, którzy dopiero liznęli życia, a już mają wrażenie, że pozjadali wszystkie rozumy.







wtorek, 20 sierpnia 2013

Limbo

Trzeciego dnia powiało. Położyliśmy zatem znów maszt i w moment znaleźliśmy się na patelni. Kilka kółek i już płynęliśmy w stronę Wierzbicy. Halsowanie tam, motylowanie z powrotem. Tego dnia zwiedziliśmy cały Zalew i jeszcze zostało nam czasu na ćwiczenie. Nareszcie mogliśmy przypomnieć sobie podnoszenie człowieka za burtą, stawanie przy boi, kontrolowane dryfowanie. Dawno już tyle nie zrobiliśmy. Nawet popróbowaliśmy wiązania ratowniczego w wodzie przy dużej prędkości. Zabrakło tylko czasu na pogadanie. Jak to możliwe?



Mam wrażenie, że po kilku dniach na łajbie wpada się w limbo. Niby funkcjonujemy normalnie. Jemy o podobnych porach, rozmawiamy ze sobą ciepło, ubieramy się ładnie. Zupełnie jednak niezauważenie wypadamy z rytmu codzienności. Zaczyna się niewinnie. Ot rano się wykąpiemy, a nie jak co dzień wieczorem. Ot późno zjemy śniadanie i zapomnimy o drugim śniadaniu, bez którego na co dzień nie funkcjonujemy. Ot przecież mamy tyle czasu to spokojnie pogadamy o naszych rzeczach jutro, przecież na co dzień wystarczy, że się zdzwonimy. W pewnym momencie wszystko co dotychczas było ważne zaczyna tracić na wartości. Robimy rzeczy z przyzwyczajenia, przestajemy do nich przywiązywać jakąkolwiek wagę. Po prostu odpływamy...








poniedziałek, 19 sierpnia 2013

Kosmos pod powiekami

Rano wiało mało. Po południu jeszcze mniej. Zgarnęliśmy Mamę Maćka na łajbę. Wkupiła się pysznym kurczakiem i urokiem osobistym. Śmiała się wdzięcznie i wcale, ale to wcale nie bała się bujania łodzi.

Słońce odbijało się od lekko zmrużonej wody. Migało w bulajach. Puszczało zajączki na knagach i kluzach. Jak dziecko wyglądało na nas z każdego kątka. Rozglądałam się leniwie i może od upału, a może od natłoku wrażeń zaczęło wirować mi w głowie. Splątały mi się przed oczami icki i krawaty, troczki Kasinego kostiumu i blond loki Dominiki.

Kiedy długo łowię ryby, po zamknięciu oczu widzę spławik. Kiedy zamykałam oczy na łajbie widziałam kosmos. Normalny, taki trójwymiarowy, z drogą mleczną i czarnymi dziurami. Czyżbym zatem za długo weń patrzyła? Obudziłam się, jak po długiej wycieczce w nieznane.

Promienie, zmęczone, przestawały już igrać na kabestanach. Wydłużały cienie, zaczynały się chować za topolami. Zaczęliśmy gubić kolory.  Kawa z mlekiem na plecach Moniki ustępowała małej czarnej, mandarynkowe refleksy na ramionach Domki zmieniały się w ciemne złoto. Mi błyszczały się stopy. Dziewczyny mówią, że to przez krem do opalania z brokatem, ale ja wiem, że to przez brodzenie w kosmosie.








Zegrze pod żaglami

Uciekliśmy po cichutku od skwaru miasta, nudy i stresu. Wypłynęliśmy na łajbę na cztery dni. To tylko kawałek laminatu, trochę brezentu i kilka metrów linek, a uspokaja jak nic innego na świecie. Kołyszemy się zatem powoli po stalowej wodzie i niezauważalnie pozostawiamy za sobą czyjeś krzyki, marudzenia, niezadowolenia i inne pomrukiwania. Życie znów zaczyna być proste. Maciek podaje piwo, Dominika dosmarowuje kremikiem pod ramiączkami, Monika myje słodkie brzoskwinie, Kasia walczy ze sterem wciąż próbując uratować człowieka za burtą, a ja czuję, jak coraz mniej mnie boli głowa.

Wypłynęliśmy dziś z portu w Zegrzu, by położyć maszt i ruszyć w stronę zapory Dębe. Rzadko tam dopływamy. Nigdy nie chce nam się wszystkiego składać. Teraz jednak mamy cztery dni i warto podskoczyć tam, gdzie woda jest spiętrzana z jednej a huczy spadając z wysokości z drugiej strony zapory. Lubię to miejsce. W sumie to nie wiem czemu, ale kojarzę miejsca z rozmowami, które tam prowadziłam. I tak na tamie szeptaliśmy, kiedyś z kumplem o delikatnych sprawach damsko-męskich. Czy da się jeszcze odzobaczyć kulisy tego teatrzyka?

Zanocowaliśmy w Wieliszewie. Nie zdążyłam postawić nogi na lądzie, kiedy Maciek z Kasią wracali już z chrustem. Tak jak na wypadach ze mną można spodziewać się drugiego śniadania, tak, tam, gdzie Maciek, tam na pewno można się spodziewać ogniska. O nie nie byle jakiego! Myślę, że nawet Mały byłby z niego dumny. Maciek najpierw układa sobie patyczki. Cieńsze na jedną kupkę, grubsze na drugą. Na skraju zaś będą leżały drwa trudne do porąbania. One przepalone zostaną na pół i dopiero wówczas dostąpią zaszczytu dołączenia do tlącej się ferajny.  Zakładam się, że gdyby patyczki miały jakiekolwiek oznaczenia, to układałby je jeszcze chronologicznie, albo chociaż alfabetycznie. Na pierwszy rzut idzie podpałka - gęsto skręcona w warkocze słoma. Zaraz za nią roświetlałka – suchutkie na wiór liście. Potem trwają najdłuższe dywagacje. Trzeba ułożyć cieńsze patyczki bliżej centrum a grubsze dalej. Kiedy wszystko jest już na swoim miejscu i można zapalać Maciek zawsze się rozgląda. Niech choć jedna osoba doceni ów kunszt i będzie świadkiem wielkiego odpalenia ;)

Paliliśmy do późna. Aż w końcu skończyły się i chrust i cytrynówka i można już było tylko patrzeć na rozgwieżdżone niebo przez forluk. Nie zdążyłam spojrzeć. Śpiwór zaatakował w najmniej spodziewanym momencie.









piątek, 9 sierpnia 2013

Maxi-mini

Kuba podrzucił temat i od tamtej pory chodzi mi on po głowie: czy lepiej maksymalizować w życiu przyjemności czy minimalizować przykrości. Pogadałam z tym i owym, ale coś nadal nie potrafię się wobec niego dookreślić. Sami z resztą zobaczcie.
Może warto być głodnym życia, ambitnie podchodzić do tematu, aktywnie i optymistycznie wytyczać swoją ścieżkę i maksymalizować przyjemności w tym i tak krótkim życiu? Może... tylko jak w takiej sytuacji odnosić się do niedogodności? Zamykać na nie oczy, uciekać przed nimi, godzić się na nie ze stoickim spokojem i buddyjską wyrozumiałością... a może czynnie rozwiązywać konflikty. To ostatnie chyba najbardziej pasuje do charakteru "maksymalizatora". Zaraz zaraz przecież rozwiązywanie samo w sobie nie jest za bardzo przyjemne...
To może zatem minimalizować? Skupiać się na wyszukiwaniu zagrożeń, wyprzedzać myślą nadchodzące kłopoty, przechodzić na druga stronę przed przebiegającym drogę kotem... Tylko czy wtedy nie ominie nas zdrowa dawka codziennych radostek, po które tylko wystarczy wyciągnąć rękę...
Jasne, że każda skrajność jest zła. Jakie są jednak w tej sytuacji dobre proporcje? Nie ma co być za bardzo do przodu, bo jak już nas dupną przykrości to niezaprawieni w bojach polegniemy w 3 minuty. Nie ma też co się chować w kącie i wszędzie tylko dopatrywać się prawego sierpowego. Zatem 80-20% na rzecz maksymalizacji. A może 60-30 i 10% na obojętność? Ot akademickie dyskusje ;)

czwartek, 1 sierpnia 2013

Najlepszą stabilizacją dla motylka jest szpilka

Straciłam głos zupełnie. Jeszcze wczoraj rozmawiałam z dziewczynkami. Obmyślałyśmy szanse i sposoby. Jadłyśmy wegeplacki i kłóciłyśmy o satysfakcjonującą długość urlopu, granice wyznania wiary, definicje stabilizacji. Dziś po głosie zostało już tylko nikłe wspomnienie okraszone chrypą. Próbowałam rano kupić naklejkę na 69 rocznicę Powstania Warszawskiego, ale najpierw pani usłyszała rzężenie odpalanej kosiarki, potem zawody ma żużlu, by wreszcie dobiegło ją szeptane: "E, nieważne."

Usypiałam ostatnio. W pracy wszystko szło swoim trybem, w domu spokojnie, międzynarodowa ekipa w 4/5 wyjechała na dobre. Na dworzu ciepło, piwko nad Wisłą wybornie gorzkie, pomysłów na weekend jak zwykle za dużo... Żyć nie umierać ;)

I tak pomyślałam, że nawet nie zauważyła, kiedy zaczęłam tonąć. Przestałam zmieniań rzeczy w swoim życiu. Skoncentrowałam się na drobiazgach, zabrnęłam w zaułki i zgubiłam wizję całości. Trochę jakbym się na sobie zawiodła. Myślałam, że poprzez specyfikę pracy, poprzez ostatnie doświadczenia, podejście do życia, że to jakoś samo, że duże osiągnięcia po prostu czekają na mnie za rokiem i jeśli będę wciąż szła, to po prostu za moment na nie nadepnę. 

Niedoczekanie. Widzę, że o ile jeszcze chwilę temu panicznie bałam się zmian, o tyle teraz nie tylko pogodziłam się z nimi, ale wyczekuję ich jak kania dżdżu. Nawet nie wiem kiedy zaczęłam szukać krytyki, okazji do samodzielnego kierowania swoim życiem, projektowania zadań w pracy, obmyślania miejsca, gdzie chciałabym mieszkać, sytuacji, w jakiej byłabym szczęśliwa. Tak jakby tylko na styku dwóch dobrych pomysłów rodził się u mnie lepszy. Jakbym tylko w sytuacji niewygodnej zaczyna coś zmieniać, modyfikować, iść do przodu. Jakbym potrzebowała konfliktu interesów, pojęć, wartości do rozwoju, do życia. 


Zastanawia mnie dlaczego rozumiałam to na poziomie ruchomości stawów - przecież zastany kręgosłup to dla mnie koniec funkcjonowania - a tak bardzo broniłam się przed ruchomością myśli. Fajne uczucie, kiedy przyjmujemy za bezpieczną stabilizację ciągłe reformowanie.

Straciłam głos. Może zatem to czas na czyste działanie? ;)