piątek, 9 sierpnia 2013

Maxi-mini

Kuba podrzucił temat i od tamtej pory chodzi mi on po głowie: czy lepiej maksymalizować w życiu przyjemności czy minimalizować przykrości. Pogadałam z tym i owym, ale coś nadal nie potrafię się wobec niego dookreślić. Sami z resztą zobaczcie.
Może warto być głodnym życia, ambitnie podchodzić do tematu, aktywnie i optymistycznie wytyczać swoją ścieżkę i maksymalizować przyjemności w tym i tak krótkim życiu? Może... tylko jak w takiej sytuacji odnosić się do niedogodności? Zamykać na nie oczy, uciekać przed nimi, godzić się na nie ze stoickim spokojem i buddyjską wyrozumiałością... a może czynnie rozwiązywać konflikty. To ostatnie chyba najbardziej pasuje do charakteru "maksymalizatora". Zaraz zaraz przecież rozwiązywanie samo w sobie nie jest za bardzo przyjemne...
To może zatem minimalizować? Skupiać się na wyszukiwaniu zagrożeń, wyprzedzać myślą nadchodzące kłopoty, przechodzić na druga stronę przed przebiegającym drogę kotem... Tylko czy wtedy nie ominie nas zdrowa dawka codziennych radostek, po które tylko wystarczy wyciągnąć rękę...
Jasne, że każda skrajność jest zła. Jakie są jednak w tej sytuacji dobre proporcje? Nie ma co być za bardzo do przodu, bo jak już nas dupną przykrości to niezaprawieni w bojach polegniemy w 3 minuty. Nie ma też co się chować w kącie i wszędzie tylko dopatrywać się prawego sierpowego. Zatem 80-20% na rzecz maksymalizacji. A może 60-30 i 10% na obojętność? Ot akademickie dyskusje ;)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz