wtorek, 31 grudnia 2013

uVATowienie


Do końca roku musiałam kupić jak najwięcej materiałów budowlanych. Miałam plan, żeby na wszystko brać faktury i potem skorzystać z możliwości odzyskania części VAT-u. Planowałam zatem z wyprzedzeniem. Biegałam po sklepach, rysowałam na kartkach, dogadywałam się z fachowcami, podpytywałam sprzedawców i gromadziłam na Tasiemce wszelkie dobra. Świstki fakturowe latały mi po całym domu. Przezornie zaczęłam je zatem znosić Mamie do jednej teczki. 
Kilka dni temu zaczęłam doczytywać na necie, jak wygląda procedura odzyskiwania VAT-u. Trzeciego dnia skapitulowałam. Mam dwa fakultety, piątkę z mikro i makroekonomii, od wielu lat rozliczam swoje PIT-y, prowadzę książkę przychodów i rozchodów ale ni chu-chu nie potrafię wypełnić prostego wniosku do Urzędu Skarbowego. Nie rozumiem zastosowanego algorytmu, nie mogę pobrać załączników, nie wiem do kiedy powinnam to cholerstwo złożyć i czego mogę oczekiwać. Nie potrafię rozliczyć się z moim własnym państwem. Jestem zaszczuta procentami i kwantyfikatorami, milionami obostrzeń i odwołań do wcześniejszych wersji. Odpuściłam wnikanie w ten biurokratyczny bełkot, kiedy w poniedziałek rano zorientowałam się, że sny układają mi się w wielką planszę z napisem: V A T.
Poszłam po rozum do głowy, wyguglałam: pani-Danusia-rozliczę-Ci-Vat-tanio. Ze spuszczonymi oczami pokornie przesłałam kopie wszystkich faktur, zrobiłam odpisy aktów notarialnych i protokołów zdawczo-odbiorczych. Pod osłoną nocy, przed północą tego samego dnia spotkałyśmy się pod jej blokiem. Konfidencjonalnym szeptem główna księgowa wszechświata, dzierżąca w tym momencie klucze do spokoju mojego sumienia, przez pół godziny tłumaczyła mi co, gdzie i kiedy powinnam złożyć. Operacja zakończyła się przekazaniem małej, białej koperty. Specjalistyczne sprawy trzeba zostawiać specjalistom.
Dziś zawiozłam ryzę papierów do Urzędu. Czekam już tylko na wezwanie do tego przybytku rozkoszy. Normalnie wyzywam was ondulowane panie-Kasie-teraz-mam-przerwę-na-kawę. Zawezwijcie mnie przed swój trybunał. Z wysokości swoich chudych szyj obwiązanych nieśmiertelnymi stułami-apaszkami każcie mi się spowiadać z niecnego grzechu zakupu klejów i glazur. Normalnie, poszczuję Was moją panią Danusią!



poniedziałek, 30 grudnia 2013

Mazanie po ścianie

Po jutrze wchodzi glazurnik. Wzięliśmy więc z Tatą budowlane ołówki w ręce i zaczęliśmy mazać po ścianach. Zawsze chciałam to zrobić. Po prostu nie zważając na nic nagryzmolić coś na murze. Tata napisał: dekor 2 płytki w pionie, ja napisałam dupa. I weź tu człowieku doroślej;)








niedziela, 29 grudnia 2013

Poezja budowy

Na Tasiemkę zaczynają zjeżdżać sprzęty. Niby XX wiek a ja mam poczucie, że dobrze o nie walczę. Zdobyłam już zatem wannę (wykłóciłam się o najmniej porysowaną). Położyłam się Rejtanem w drzwiach Leroya, żeby mimo późnej pory, wydano mi kibel i geberit. Codziennie o 8 rano dzwoniłam do płytkowni, żeby transport z upragnioną glazurą wreszcie do mnie dotarł. Zakręciłam w głowie sprzedawcy, żeby dorzucił w gratisie do syfonów magiczne uszczelki bez których ani rusz. I teraz stoję na środku budowy, jak pani na włościach i dumnie prezentuję moje dobra: wannę, kibel i uszczelki. Poezja chwilowo poszła las.





piątek, 27 grudnia 2013

Jestę inżynierę

Jestem magistrem inżynierem. Potrafię zaplanować cykl produkcyjny książki i skarpetki, umiem narysować wałek rozrządu w trzech rzutach i policzyć całkę. Nie straszne mi trzecie wymiary i liczby urojone. Styczną i normalną rozpoznaję na śniadanie, a macierze jedzą mi z ręki. Dziś chciałam zmierzyć ściany na Tasiemce. Skaleczyłam się miarką...

Z ogromną pomocą moich kochanych inżynierów, informatyków i ekonomistów skompletowałam moją skrzynkę narzędziową;) Panowie, jest boska ;)




Terra incognita

Na Tasiemce jest pusto. Ściany są gołe, wystają z nich tylko jakieś rurki i druciki. Nie ma tu kanapy z małą plamką po tuszu, ani zarysowanego przy oporządzaniu karpia kuchennego blatu. Nikt tu nigdy kochał, nie tęsknił, nie planował... Terra incognita. 
Latam po sklepach i szukam rzeczy, którymi wypełnię 45 m2. To są jednak tylko sprzęty, jeśli nie będą pasowały, albo się znudzą wymienię je na inne. Czuję, że zaczynam wypełniać to mieszkanie też nierzeczami. Jest takie czyste. Nie chcę go ubrudzić. Czyżby pora sporządnieć?!








sobota, 21 grudnia 2013

Rozmyślania z cichości kobiecego serca

Mogliśmy skorzystać z dużego samochodu. Dla mnie i Taty gratka nie lada. Tatko pierwsze o czym pomyślał, to o uzupełnieniu zapasów drewna kominkowego, ja o przywiezieniu roboczych szafek na Tasiemkę. Rano zatem szybki bazar - w końcu trzeba coś jeść przez resztę tygodnia. Potem Bartycka - w końcu muszę położyć jakieś płytki na te ściany. Obiad już z Tatą, który od świtu ładował drewno na działce kolegi i śmigamy wyładowywać, załadowywać, odkręcać, nosić i pakować. No więc pomykam z tą taczką w prawo, w lewo. Już nawet nie mówię, że jak ze świecą dymną. Polana grube - wyrabia mi się zauważalnie ścisk w dłoni, ciężkie jak przepisowa wierzba - pakują mi się pakery, taczka ładowania z kopką - cisnę niemiłosiernie motyle... Tata odkręca kran w łazience, a ja w prawo, w lewo... I tak sobie myślę: że cholera jasna, ja miałam dzieci wozić a nie jakieś szczapy! A nie mówiłam, że tą emancypacją kobiety zrobiły sobie więcej złego niż dobrego?! Weźcie sobie to prawo głosu. Weźcie razem z noszeniem ciężkich szczap, otwieraniem hartowanych drzwi o źle wyregulowanych siłownikach, wciąganiem pełnego zakupów wózka na trzecie piętro i kręceniem kierownicą w samochodzie bez wspomagania. Oddaję to wszystko bez żalu za prawo głosu na patałachów przy korycie. Z dobroci serca dorzucę coś nawet ekstra - niech będzie, że i rosół ugotuję. ;) ;) ;)

Kolejka "Warszawiaków"

Kolejna podwyżka biletów, kolejny idiotyczny pomysł urzędników, kolejna piramidalna bzdura nieprowadząca bynajmniej do obniżki cen. Na Bankowym kolejka ciągnie się aż po pączki, na Wileńskim 50 osób i czynna tylko jedna kasa, na Marymoncie to samo. Zostaję, przecież nie ma sensu jeździć w te i we w te po Warszawie, jak wszędzie ta sama tłuszcza w szponach urzędniczego obłędu. Stojąc w kolejce dowiaduję się wiele na temat matek urzędników, polityków i innych z imienia nienazwanych "onych" uprzykrzających życie szaremu obywatelowi. Kobieta przy okienku drze się, czy oprócz aktu urodzenia swojego dziecka ma też przynieść akt chrztu juniora? Pan za nią mruczy, że to granda, żeby go odsyłać po raz czwarty w kolejne miejsce Warszawy, skoro wszystkie placówki są spięte tym samym systemem. Obserwuję starszego mężczyznę, który niebezpiecznie przeciąga od kilku minut opuszkiem po krawędzi kartki. Atmosfera zagęszcza się z każdym dochodzącym do kolejki petentem. W powietrzu czuć zalążki linczu. Ale oto jasność na mnie spłynęła. Znalazłam się w snopie światła pustego okienka.  Po dwóch godzinach czekania nadeszła oto upragniona chwila - moja kolejka. Dostaję kolorowy hologram - czuję się jak dzielny pacjent u dentysty. Dostaję przedłużenie ważności biletu o całe trzy miesiące - kosztuje mnie to jedynie przeciągnięcie plastikowej karty przez wąskie korytko. Dostaję wreszcie fakturę. Dumna jak paw, zmęczona jak pies idę kliknąć nowym nabytkiem w bramki metra. Wysuwa mi się faktura. Kątem oka zauważam, że na dokumencie widnieją błędne dane :( I stoję taka dumna jak paw, zmęczona jak pies, z tymi bykami na fakturze i cielęcymi oczami. Mój Armagedon dnia codziennego.



środa, 11 grudnia 2013

Chłopa mi trzeba ;)

10 rano w niedzielę. Miast spokojnie zajadać jajówę z kiełbaską stoję przed ścianą płaczu w Leroy. Migają mi mozaiki przed oczami. Odbijają się w bateriach, nakładają na syfony i stelaże podtynkowe. Mam dość. Nie potrafię nic wybrać, a jak już podejmuję męską decyzję i z zamkniętymi oczami palcem dziobnę w jakiś wzór to okazuje się, że:
- nie no proszę pani, te płytki to już wycofali z produkcji...
- te są piękne, już patrzę, mamy ich 2m na stanie, hmm pani potrzebuje 22m... Hmm
- te? świetny wybór, produkcja już czwarty raz została przełożona, polecam tamte...
- tamte się pani nie podobają? w świetle łazienki przecież nie będzie widać tego różu... 

Aaaaaaaaaaa

Jestem zmęczona, zestresowana, nadal w tym samym miejscu, nie mam szans wyrobić się z dowozem do czasu, aż wejdzie glazurnik... Potrzebuję pomocy. Potrzebuję kogoś, kto pomoże mi ogarnąć ten bajzel, komu mogę powierzyć ważne sprawy, terminy, finanse, kto mi podpowie co się opłaca, a co warto odpuścić. Dostałam dziś maila: Aga, chłopa Ci trzeba.

Rozszerzam zatem kwestionariusz na Przystojne portki o umiejętność wybrania mozaiki i poradzenia sobie z marudną panną z M2. Zmieniły mi się priorytety, oj zmieniły.





Pierwsze płytki za płoty

Wybrałam z dziewczynkami płytki. Wybrałam spośród tysiąca wzorów i kolorów. Przeliczyłam je w każdą stronę. Ustawiłam już wirtualnie na ścianie, dobrałam do nich fugi, pokochałam jak swoje. Zamówiłam. Urwałam się z roboty, spóźniłam do kuriera, wniosłam z Maćkiem na trzecie piętro, rozpakowałam i... zapłakałam. Nosz cholera jasna, kto wpadłby na pomysł, że płytki o piętnastoznakowej specyfikacji produkuje nie jedna, ale dwie fabryki na świecie?!


Spoko, zwrócę i kupię drugie...

25 telefonów, 4 maile, 15 kaw i 88 przekleństw później udało mi się zwrócić cześć. Dobra nasza, jeszcze tylko muszę kupić kibelek, wannę, kleje, płyty gipsowo-kartonowe, bloczki z silki... Te już na pewno przyjdą dobre, na pewno...





Klucz od Tasiemki

Mam, mam, mam klucz od Tasiemki;) Chłodny, dobrze leży w dłoni. Dołączony pipek od bramy jest gładki i lekki. Błyszczy w porannym słońcu. Z okna mieszkania widać praskie rudery, ze ścian straszą kable, z posadzki wystają rurki, ale to i tak fantastyczne miejsce. Wszystko pachnie świeżym betonem, schnącą posadzką i pyłem gipsowych gładzi;)
Tu będzie wanna, tu szafka, a tu będą zwieszały się zioła... Na koniec umyję szyby i wytrę kurze. Będzie ekstra;). Tu będzie mi dobrze.