Kolejna podwyżka biletów, kolejny idiotyczny pomysł urzędników, kolejna piramidalna bzdura nieprowadząca bynajmniej do obniżki cen. Na Bankowym kolejka ciągnie się aż po pączki, na Wileńskim 50 osób i czynna tylko jedna kasa, na Marymoncie to samo. Zostaję, przecież nie ma sensu jeździć w te i we w te po Warszawie, jak wszędzie ta sama tłuszcza w szponach urzędniczego obłędu. Stojąc w kolejce dowiaduję się wiele na temat matek urzędników, polityków i innych z imienia nienazwanych "onych" uprzykrzających życie szaremu obywatelowi. Kobieta przy okienku drze się, czy oprócz aktu urodzenia swojego dziecka ma też przynieść akt chrztu juniora? Pan za nią mruczy, że to granda, żeby go odsyłać po raz czwarty w kolejne miejsce Warszawy, skoro wszystkie placówki są spięte tym samym systemem. Obserwuję starszego mężczyznę, który niebezpiecznie przeciąga od kilku minut opuszkiem po krawędzi kartki. Atmosfera zagęszcza się z każdym dochodzącym do kolejki petentem. W powietrzu czuć zalążki linczu. Ale oto jasność na mnie spłynęła. Znalazłam się w snopie światła pustego okienka. Po dwóch godzinach czekania nadeszła oto upragniona chwila - moja kolejka. Dostaję kolorowy hologram - czuję się jak dzielny pacjent u dentysty. Dostaję przedłużenie ważności biletu o całe trzy miesiące - kosztuje mnie to jedynie przeciągnięcie plastikowej karty przez wąskie korytko. Dostaję wreszcie fakturę. Dumna jak paw, zmęczona jak pies idę kliknąć nowym nabytkiem w bramki metra. Wysuwa mi się faktura. Kątem oka zauważam, że na dokumencie widnieją błędne dane :( I stoję taka dumna jak paw, zmęczona jak pies, z tymi bykami na fakturze i cielęcymi oczami. Mój Armagedon dnia codziennego.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz