Wybrałam z dziewczynkami płytki. Wybrałam spośród tysiąca wzorów i kolorów. Przeliczyłam je w każdą stronę. Ustawiłam już wirtualnie na ścianie, dobrałam do nich fugi, pokochałam jak swoje. Zamówiłam. Urwałam się z roboty, spóźniłam do kuriera, wniosłam z Maćkiem na trzecie piętro, rozpakowałam i... zapłakałam. Nosz cholera jasna, kto wpadłby na pomysł, że płytki o piętnastoznakowej specyfikacji produkuje nie jedna, ale dwie fabryki na świecie?!
Spoko, zwrócę i kupię drugie...
25 telefonów, 4 maile, 15 kaw i 88 przekleństw później udało mi się zwrócić cześć. Dobra nasza, jeszcze tylko muszę kupić kibelek, wannę, kleje, płyty gipsowo-kartonowe, bloczki z silki... Te już na pewno przyjdą dobre, na pewno...


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz