czwartek, 17 kwietnia 2014
Luby Lublin
Zakochałam się w Lublinie. To jest jedna z tych miłości pierwszych, tych do których wracamy nieskończoną ilość razy i które za każdym razem cieszą tak samo. Przyjechałam tu w porze, kiedy kwitną wiśnie, pachnie pierwszą, skoszoną trawą, kiedy ludzie uśmiechają się do długo wyczekiwanego słońca. Przyjechałam dzień po tym, jak się przeprowadziłam. Byłam zmęczona na amen. Zestresowana, zagoniona, do bólu zaplanowana i rozzadaniowana. Byłam pełna Warszawy. Przez pierwszy dzień tutaj przechodziłam tylko na czerwonym świetle - nie mogłam sie doczekać na zielone. Przez tydzień szkolenia przeszłam z milion kilometrów i nareszcie poczułam, że wróciłam do domu. Zupełnie jakbym powinna być dokładnie w tym miejscu i o tej porze. Trochę jakbym dogoniła siebie. Dziwne tylko, że żeby się dogonić musiałam zwolnić. Złapałam miejsce, gdzie Uroboros połyka swój ogon. To miejsce bynajmniej nie było przede mną. Fascynujące;)
niedziela, 13 kwietnia 2014
sobota, 5 kwietnia 2014
Tuptanie
Mam plan, żeby pójść na majówkę w offline. Zostawić ipady, telefony, maki mini i maxi i wszelkie inne elektroniczne tałatajstwo potrzebujące elektryczności. Mam plan, żeby dać odpocząć oczom, zatopić się w zieloności i choć przez chwilę nic nie słyszeć. W pracy testuję system, a on testuje mnie; wieczorami wykańczam mieszkanie, a ono wykańcza mnie; w weekendy oddaję się nauce, ciekawe czy nauka ma też coś ze mnie ;) Chciałabym wyjść poza system, poza todolisty, poza niedoczas i międzyczas.
Góry jawią się jako wybawienie. To chyba taki mój azyl, sposób na powrót do siebie, na wyjście z siebie, spojrzenie krytycznym okiem i powrót do na nowo uporządkowanej struktury. Znów potrzebuję przewartościowania wartości. Widzę, że na co dzień zaczynam popełniać błędy. Nie tylko jestem mniej uważna w pracy, ale i etyczne decyzje zaczynam podejmować idąc po linii najmniejszego oporu. Rozmieniam się na drobne, radzę znajomym nim zapytają o radę, zadaniowo podchodzę do rzeczywistości, tracę empatię dla słabszych i wolniejszych, gubię cierpliwość dla inaczej patrzących na codzienność niż ja. Zbyt szybko ostatnio oceniam. Na dzień dobry widzę w ludziach niedociągnięcia, szufladkuję ich, klasyfikuję według sobie tylko znanego, ostrokrawędziowego klucza. Tracę miłość. Wyostrzają mi się rysy twarzy, napinam plecy, zaciskam piąstki. Tuptam. Nawet nie tupię, bo to bezgłośne uderzenie płaskim butem to nawet nie tupanie, to lekkie tuptanie, które w swej wymowie jest jeszcze bardziej przerażające niż głośne zaznaczanie swojego zdania.
Trochę mam wrażenie jakbym zapadała się w swoją otchłań. Odkrywam kolenie poziomy. Coraz trudniej mi zwracać twarz do słońca. Ludzie to czują. Znów zaczynają przychodzić z nierozwiązywalnymi konfliktami wewnętrznymi. Mówią o powracającym koszmarze rytuałów z dzieciństwa, o nienarodzonych dzieciach, o nieuleczalnie chorych rodzicach, szklanych sufitach w pracy... Kolejkuję wszystkie te sprawy w sercu, spuszczam oczy i myślę, że Panie Boże przecież Ty wszystko możesz, nawet możesz zmienić jingjangowy balans na świecie na więcej białego. Już dawno przestałam mieć poczucie, że to ja zarządzam moim życiem. Dziś przychodzi mi do głowy płynięcie na tratwie, którą steruję długim na cztery metry palem. Trochę steruję. Do majówki jeszcze miesiąc. Tylko i aż.
Subskrybuj:
Posty (Atom)

























