piątek, 31 maja 2013

Koniec Rozdzialu

Byl to dlugi weekend, z powody swieta Memorial Day (swieto upamietnienia zmarlych zolnierzy amerykanskjch), ale u nas nic ciekawego sie nie dzialo. No chyba zeby policzyc skladanie aplikacje caly dzien o prace w sobote a w niedziele plaze. Ale nie o tym wpis. Poniedzialek byl oficjalnym dniem tego swieta i ja jechalam na 11 zeby sie spotkac z bardzo bliska kolezanka na sniadanio/lancz. Wjechalam o 10:45.

10:46 - Jechalam ulica Kalifornia ktora sie zmienia z jednego pasa przed skrzyzowaniem na 3, a zaraz pozniej 4 pasy, po skrzyzowaniu. Zaczelam mijac dziewczyne ktora jechala jednym pasem obok mnie na lewo. 

10:47.00 - W momencie kiedy bylam doslownie obok dziewczyny, ona zdecydowala zmienic pas na moj, nie patrzac czy ktos tam jedzie. 

10:47.10 - Dziewczyna mnie uderzyla w lewe drzwi pasazerskie i mnie obrocila o 90 stopni w lewo. 

10:47.45 - Przejechalam 3 pasy i jak sie zorientowalam ze jade wprost na duza ciezarowke, zaczelam skrecac w prawo. 

10:47.55 - Udezylam przodem samochodu w ciezarowke i przez skrecone kola, ciezarowka mnie uderzyla w lewe lusterko i w moje drzwi. Przez to udezenie, znowu obkrecilam sie 90 stopni w prawo. 

10:48.05 - Przejechalam znowu trzy pasy i wyladowalam spowrotem na prawym pasie, gdzie zaczelam te zig-zagi. 

Pierwsza moja mysl jak sie zatrzymalam to zeby odblokowac drzwi i wylaczyc silnik. Potem przez moment siedzialam zeby sie ogarnac, poczym otworzylam drzwi i wyszlam z samochodu. Zadzwonilam do Mamy, mowiac ze mialam wypadek i musi przyjechac...nawet nie poczekalam az odpowie. Usiadlam na krawezniku bo za bardzo sie trzeslam i czekalam na pogotowie. W ciagu 5 minut przyjechala jedna karetka, 2 samochody strazackie, i 3 policjantow. 

Kierowcy od ciezarowki nic sie nie stalo i jedynie moj samochod odlamal mu jeden stopien kiedy go uderzylam. Dziewczynie ktora mnie uderzyla i jej kolezance nic sie nie stalo, oprocz szoku, i samochod mial male zgjecie w karoserii i polamane przednie prawe swiatlo. 

Moj samochod.....moj kochany samochodzik....dzisiaj sie dowiedzialam ze nie da sie go naprawic. 
Cala lewa strona byla wgieta, lewe lusterko wisialo na kablach, przod byl wgiety razem z silnikiem, i karoseria byla tak posunieta ze prawych drzwi nie dalo sie otworzyc. 

Moj samochod byl kupiony 2 tygodnie przed rozpoczeciem studiow...i teraz miesiac po ukonczeniu, moj samochod tez skonczyl. To naprawde byl moj "College Car". 

Na szczescie nikomu sie nic nie stalo, oprocz mnie, i moje rany (oprocz siniakow) to byla starta skora z stopy. Moglo byc o wiele gorzej, ale wiem ze Bog nade mna patrzyl tego dnia i dlatego wszyscy wyszli z tego bezpiecznie. 

Teraz juz prawie tydzien minal i dalej dziwnie jest patrzec na dwor i nie widziec mojego samochodu. Pierwsze kilka dni bolala mnie szyja i noga, ale teraz szyje juz nie boli, za to zaczely bolec plecy. Noge dalej mam spuchnieta i bolaca, ale i tak sie ciesze bo moglo naprawde byc gorzej. 

Widze ze po prostu nigdy nie moge wychodzic z domu bez sniadania.

 Jej samochod

 Ciezarowka 

Moj samochod: 





 Trzeba bylo udokumentowac wszystko

Moja jedyna rana: 




Dzieki Mamie moge sie kurowac bezstresowo: 






niedziela, 26 maja 2013

Kraków wciąga

Udało nam się wyskoczyć na weekend do Krakowa. Zdałam sobie sprawę, że nigdy tam nie byłam i tym prędzej zapisałam się na krótką listę Kingi.
Przygotowania były szybkie. Pakowanie, pranie, sprzątanie, pieczenie szarlotki... O 4:30 pobudka i o 6 pociąg do Kraka. Na miejscu już na nas czekało troje znajomych. Kawa, tosty, krótkie ustalenia co robimy i... okazało się, że mamy ciut inny pomysł na spędzenie tego weekendu. Kinga ze znajomymi narzuciła sobie ciężkie zadanie wypicia choć po jednym piwku w każdej napotkanej knajpce. Ja z kolegą postanowiliśmy coś zwiedzić. Z ciężkim sercem rozstawałyśmy się pod Prowincją, gdzie pani dzwoniła na mnie łyżeczką, żebym odebrała swój posiłek.
Na dzień dobry musiałam liznąć nieco topografii. - W centrum jest Stare miasto. Od północy okala je zgodnie z kierunkiem zegara Kleparz, Grzegórzki, Wesoła, Kazimierz i Podgórze, Dębniki i Ludwinów, najbardziej na zachód zaś jest Nowy Świat, Półwsie Zwierzynieckie i Zwierzyniec i Bielany, gdzie będziemy jutro - kolega mówił cichutko, jakby zdradzał mi największy sekret. Budował płynne, pełne zdania. W szkatułkowej budowie nie gubił pauz-nawiasów, w podrzędnie rozbudowanych drzewach składni nie zapominał o przecinkach. Zapadały mi w pamięć trudne słowa i zgrabne wyrażenia. W miarę opowieści stare kościoły, wypełniały się zapachem kadzidła, na kamiennym bruku słychać było dudnienie kół niegdysiejszych dorożek, skrzypiały okiennice zamykane przez mieszczki i szeleszczały suknie książąt. Zajrzeliśmy do pastelowych, barokowo wykończonych naw w kościele świętej Anny, stanęliśmy oszołomieni bogactwem kolorów i kształtów przed trójołtarzem Wita Stwosza w kościele Mariackim, przyklękliśmy, zapomniawszy jednak co chcieliśmy wyznać, w gotyckich konfesjonałach u Dominikanów. Miasto wciągało nas powolutku. Przyglądaliśmy się sobie nawzajem. Widziałam zdziwienie w oczach Wszechmogącego na witrażach u Franciszkanów; chyba oboje inaczej się sobie wyobrażaliśmy. Kamienice starego miasta pachniały tym odwiecznych, spokojem grubych, dających chłód murów i wypalanych na słońcu czerwonych dachówek. Na wąskich Plantach dawały cień miłorzęby i tulipanowce, rozkwitały białe i czerwone kasztanowce, jakaś para całowała się na dzień dobry, chyba długo się nie widzieli od wczoraj.
Wdrapaliśmy się na Wawel. W katedrze jak w kalejdoskopie przewijały mi się przed oczami alabastrowe rzeźby i marmurowe nagrobki. - Tu leży Jan Olbracht, a tu Jadwiga, król Łokietek i Kolanko, księżna burgundzka i cypryjska. Zwróć uwagę na zielonkawe arrasy i rzeźbione stalle, finezyjnie złocone architrawy i niecodzienny układ witraży – mówił i mówił a mi zaczęło wirować w głowie. Zwróciłam uwagę na wszystko, największą zaś na małą tabliczkę z napisem WYJŚCIE. Byłam głodna, zmęczona, wyściskana przez dziki, falujący tłum i przesycona wrażeniami.
Rozłożyliśmy się nad Wisłą. Chapnęliśmy szarlotki i popatrzyliśmy w niebo. Promenadą jechały dziewczyny na rolkach, trzymały za ręce, śmiały słonecznie. Sternik od „Jagienki” nawoływał do rejsu po rzece. W bezwietrznej pogodzie fale cicho chlupotały o burty i uregulowane brzegi. Doszłam do wniosku, że Wisła zawsze będzie robiła na mnie wrażenie. Nawet jeśli będzie krakowska.
Zaklekotaliśmy japonkami po Kazimierzu. Na Skałce życzyliśmy młodym najlepszego na nowej drodze życia, w kościele Bożego Ciała patrzyliśmy, jak kurz wiruje wokół złotej barki ambony. Chciałam na dłużej zatrzymać się w dzielnicy żydowskiej, ale tylko minęliśmy wtopione w ciąg kamienic synagogi, zakręciliśmy się na rynku, przebiegliśmy wzrokiem nieznane, hebrajskie litery i przez dziurę w płocie zajrzeliśmy na kirkut. Nie zdążyliśmy napatrzeć się na ukrytego pod grubą szubą ortodoksyjnego Żyda, bo już byliśmy na kładce w drodze na Podgórze. Traciliśmy dech pnąc się pod górę – niech nikt mi nie mówi, że Kraków jest płaski. Zakradliśmy się do zabytkowego fortu, looknęliśmy na miasto znad kamieniołomu i znów zaczęliśmy się wspinać, tym razem na kopiec Kraka.
Czasem najlepiej się zwiedza nigdzie nie łażąc. Leżeliśmy na zielonej trawie, wystawiliśmy buzie do słońca, patrzyliśmy na lekko przymglone: Babią górę, Mogielicę, Pilsko, wciąż białe od śniegu Tatry… Odpoczywaliśmy. Miękko zatapiałam gołe stopy w chłodnej trawie. Chyba byłam szczęśliwa ;)









środa, 22 maja 2013

Wiatr od Wisły

Nad Wisłą rozmawiamy o wszystkim. Zastanawiamy się nad problemami z pracy, śmiejemy się z zasłyszanych żartów, poważnie rozważamy czy przyszłość ludzkości leży w eugenice. Nie znamy przyszłości, przeszłość nas tylko przyprawia o uśmiech. Mamy dużo możliwości. Od Wisły jak zawsze wieje wiatr odnowy ;)

P.S. Fotki są Grzesia.







wtorek, 21 maja 2013

Na zamku Chojnik

Mój ostatni dzień w Karkonoszach to ciągłe pożegnania. Z górami, z zapachem wilgotnego lasu, z tą wolnością, którą nabiera się wraz z chłodnym, porannym powietrzem... 
Kuba ledwo się ruszał. Poranne ablucje przeciągał i przeciągał. Coś nie bardzo potrafiłam mu uwierzyć, że "wszystko super i gdzie dziś idziemy?". Powoli prowadził samochód, mówił jakoś mniej. Może też żegnał się z górami?
Do Sobieszowa dojechaliśmy w samą porę na drugie śniadanie. Szlak na zamek na gorze Chojnik wiódł przez Czarcie skałki (zejście już było łagodniejsze). Trudy podejścia wynagradzał widok z wieży. Rozpuściłam włosy, zostałam roszpunką. Patrzyliśmy na pięknie położoną Jelenią Górę, na migoczące stawy rybne, czerwone dachy Sobieszowa i malownicze uliczki Jagniątkowa.
Gdyby nie to, że musieliśmy się zawijać do Warszawy, mogłabym zostać i podziwiać panoramę do wieczora. Kuba szczelił jeszcze trzy dychy z kuszy i już pomykaliśmy do Wrocławia, żeby zgarnąć kumpla, który też tego dnia wracał do Warszawy. Chyba dobrze nam się jechało ze sobą, bo byliśmy w domu dobrze po 23. I tak sobie myślę, że już mogłabym wrócić z powrotem ;)









Mroźne stawki


Przyblokowałam się z ostatnim wpisem z gór. Potem weszła praca i już blog zszedł na dalszy plan. Dziś nadal uśmiecham się na wspomnienie ośmiogodzinnej wycieczki. Po raz pierwszy na tym wyjeździe zobaczyłam słońce. O szóstej rano obudziły mnie zrzucane na podłogę klucze. O dziewiątej już maszerowaliśmy w pełnym rynsztunku na Szrenicę. Trasę, którą w tym tygodniu pokonałam już dwukrotnie teraz nareszcie też zobaczyłam. 
Kuba był wniebowzięty. Trochę się uspokoił, trochę wyluzował. Został tylko słowotok. Ten z kolei trwa do dziś. 
Do wodospadu Kamieńczyk na trasie spotkaliśmy z milion osób, potem szlak podchodził szeroką drogą pod Halę Szrenicką. Tu też mijali nas turyści z małymi dziećmi i zawiązanymi na cieniutkich smyczach Fafikami. Na grani nieco wiało, ale w porównaniu do dnia wczorajszego był to tylko orzeźwiający podmuch. Pod stacją przesyłu super tajnych danych chapsnęliśmy kotlety sojowe z żurawinowym chlebem własnego wypieku (nie mogę się oprzeć by nie przesłać ciepłych pozdrowień Mamie Kuby;) i ruszyliśmy na podbój małych oczek wodnych. (Tak Kasiula, przyznaję się do uzależnienia od wody;)
Niebieski, a potem zielony szlak wiódł nas przez korzenie nad reglami. Z drzew zwieszały się zielonkawe mchy i blade, pastelowe porosty, zrobiło się śnieżnie i skaliście. W niedużych, rozrzuconych między kosodrzewiną stawach, odbijało się słońce. Kolejny raz zaskoczyło mnie, że górskie jeziorka mogą przypominać agaty. Przy brzegu są niby przezroczyste, im bardziej w głąb jednak tym mocniejszej barwy nabierają. Mienią się od błękitu po szafir. Zamoczyłam palec, zmąciłam taflę, woda była lodowata jak otulający oczko śnieg. 
Ścieżka powrotna prowadziła przez schronisko na Łabskim, a następnie wzdłuż potoku do Wodospadu Szklarskiego. Uwielbiam tę mokrość. Wilgotne mchy, szemrzące potoki, rozpraszające się na miliony drobinek wodospady... Ciężko mi było opuszczać las.
Wieczorem sprytnie zaczekinowaliśmy się na mszy i sprawdziliśmy na ile ciemne jest ciemne piwko i już mogliśmy myśleć o niedzielnym wypadzie na podbój zamku na górze Chojnik ;)















środa, 8 maja 2013

Karkonoski szkwał


Ze schroniska pod Strzechą Akademicką wychodziłam jak na ścięcie. Lało przez całą noc. Obok mnie spała chrapiąca blondynka. O trzeciej w nocy wybudziła mnie tym swoim pomrukiwaniem - wciąż wydawało mi się, że obok warczy jakiś okropny pies.
Opóźniałam wyjście jak mogłam. Z resztą, co to za przyjemność, jak leci za kołnierz?! Napisałam zatem dwie notki, popatrzyłam na parę, która miast sobie w oczy patrzyła w swoje ekraniki, zjadłam batonik dla otuchy i zaczęłam ubieranie. Dopięłam, chyba pierwszy raz w czasie tej wycieczki, nogawki do spodni, zasznurowałam dobrze buty, zamocowałam stuptuty, zarzuciłam oddychającą bluzkę, bluzę, kurtkę, czapkę jakąś i łapkawiczki, kijki dziarsko ścisnęłam w dłoni i ruszyłam na podbój mokrej ścieżki nad reglami. Pan palacz przeddrzwiowy na dowodzenia powiedział tylko coś o pięknych górach, w których jest już tydzień, ale żadnej jeszcze nie widział. Miał trochę racji skubany.
Niewielu minęłam turystów. Do południa przeciął mi drogę tylko przemoczony do futerka zając, z drogi sfrunęły ze trzy sikorki, z drzew i kosodrzewiny otrząsnęłam za to hektolitry wody.
W schronisku w Odrodzeniu najchętniej bym została. Pogoda popsuła się doszczętnie. Miałam wrażenie, że mam do czynienia z górskim, białym szkwałem. Portki przemokły od razu. Kurtka i buty walczyły dzielnie, ale i one uległy naporom wiatru i deszczu. Musiałam dotrzeć szybko do Szklarskiej, nie było zatem czasu na zwłokę. Kolejny raz okazało się, że w sytuacjach granicznych uwalnia się adrenalina, która pozwala naprawę wiele zrobić.
Wierzcie mi bieg granią przy deszczu, wietrze i 3 stopniach nie należy do sytuacji, które chciałoby się powtórzyć. Zwłaszcza ośmiogodzinny.
Wieczorem 2h prałam i suszyłam ubrania. Wieczorem umarłam na amen. Wieczorem przyjechał Kuba.












piątek, 3 maja 2013

Pod chmurnym, niskim...

Dziś mój pierwszy samotny dzień. Padało niedużo, słońca było jeszcze mniej, ale za to myśli od cholery pod chmurnym, niskim niebem czaszki.

Pierwszy raz mi się zdarzyło, że wracam z większą ilością myśli niż wyszłam. Jestem dobrze zmęczona. Sześć dni chodzenia bez większych przestojów, czasem ciężkie rozkminki z Maćkiem, częściej jednak samotne przefinki. Kończenie rozpoczętych rozmów, dookreślanie się wobec sytuacji, które mnie wciągnęły. Rozkładanie stresów i strachów dnia codziennego na czynniki pierwsze. Jakby czas na defragmentację głowy.
Nie wiem, jak mi się ułoży w pracy, w domu, w kontaktach z najbliższymi, ze znajomymi. Uciekam w te góry, żeby móc choć przez chwilkę spojrzeć na wszystko z góry, z dystansu.

Z Kowar szłam różnymi szlakami. Przemieszczałam sie jakoś powoli - a to deszcz, a to mgła, choć oko wykol. Im bliżej Karpacza tym więcej obcych zapachów, tym więcej tenisówek na nogach i tym mniej kijków w rękach. Szybkie zakupy, pyszna pizza i już pięłam się w stronę schroniska. Mijali mnie tylko schodzący, zadając nieśmiertelne: Daleko jeszcze?

W schronisku pod Strzechą Akademicką klimat ceprowski. Piwo po 10 zł, wrzątek płatny. Pełno adidasowatych kobiet po '50 i ich rozwrzeszczanych gówniarzy w modnych sofiksach. To tutaj jednak zdarłam gardło. Wystarczyły tylko dwie gitary, żeby schronisko zeszło się na wieczorne tańce i śpiewy. Byłam przekonana, że Łysy pęknie drąc się Czerwony jak cegła ;)