Dziś mój pierwszy samotny dzień. Padało niedużo, słońca było jeszcze mniej, ale za to myśli od cholery pod chmurnym, niskim niebem czaszki.
Pierwszy raz mi się zdarzyło, że wracam z większą ilością myśli niż wyszłam. Jestem dobrze zmęczona. Sześć dni chodzenia bez większych przestojów, czasem ciężkie rozkminki z Maćkiem, częściej jednak samotne przefinki. Kończenie rozpoczętych rozmów, dookreślanie się wobec sytuacji, które mnie wciągnęły. Rozkładanie stresów i strachów dnia codziennego na czynniki pierwsze. Jakby czas na defragmentację głowy.
Nie wiem, jak mi się ułoży w pracy, w domu, w kontaktach z najbliższymi, ze znajomymi. Uciekam w te góry, żeby móc choć przez chwilkę spojrzeć na wszystko z góry, z dystansu.
Z Kowar szłam różnymi szlakami. Przemieszczałam sie jakoś powoli - a to deszcz, a to mgła, choć oko wykol. Im bliżej Karpacza tym więcej obcych zapachów, tym więcej tenisówek na nogach i tym mniej kijków w rękach. Szybkie zakupy, pyszna pizza i już pięłam się w stronę schroniska. Mijali mnie tylko schodzący, zadając nieśmiertelne: Daleko jeszcze?
W schronisku pod Strzechą Akademicką klimat ceprowski. Piwo po 10 zł, wrzątek płatny. Pełno adidasowatych kobiet po '50 i ich rozwrzeszczanych gówniarzy w modnych sofiksach. To tutaj jednak zdarłam gardło. Wystarczyły tylko dwie gitary, żeby schronisko zeszło się na wieczorne tańce i śpiewy. Byłam przekonana, że Łysy pęknie drąc się Czerwony jak cegła ;)





Maszeruj Aga spokojnie, jestem z Toba myslami!
OdpowiedzUsuńDzieki Tobie spedzam kilka chwil dziennie na gorskich szlakach.