Ze schroniska pod Strzechą Akademicką wychodziłam jak na ścięcie. Lało przez całą noc. Obok mnie spała chrapiąca blondynka. O trzeciej w nocy wybudziła mnie tym swoim pomrukiwaniem - wciąż wydawało mi się, że obok warczy jakiś okropny pies.
Opóźniałam wyjście jak mogłam. Z resztą, co to za przyjemność, jak leci za kołnierz?! Napisałam zatem dwie notki, popatrzyłam na parę, która miast sobie w oczy patrzyła w swoje ekraniki, zjadłam batonik dla otuchy i zaczęłam ubieranie. Dopięłam, chyba pierwszy raz w czasie tej wycieczki, nogawki do spodni, zasznurowałam dobrze buty, zamocowałam stuptuty, zarzuciłam oddychającą bluzkę, bluzę, kurtkę, czapkę jakąś i łapkawiczki, kijki dziarsko ścisnęłam w dłoni i ruszyłam na podbój mokrej ścieżki nad reglami. Pan palacz przeddrzwiowy na dowodzenia powiedział tylko coś o pięknych górach, w których jest już tydzień, ale żadnej jeszcze nie widział. Miał trochę racji skubany.
Niewielu minęłam turystów. Do południa przeciął mi drogę tylko przemoczony do futerka zając, z drogi sfrunęły ze trzy sikorki, z drzew i kosodrzewiny otrząsnęłam za to hektolitry wody.
W schronisku w Odrodzeniu najchętniej bym została. Pogoda popsuła się doszczętnie. Miałam wrażenie, że mam do czynienia z górskim, białym szkwałem. Portki przemokły od razu. Kurtka i buty walczyły dzielnie, ale i one uległy naporom wiatru i deszczu. Musiałam dotrzeć szybko do Szklarskiej, nie było zatem czasu na zwłokę. Kolejny raz okazało się, że w sytuacjach granicznych uwalnia się adrenalina, która pozwala naprawę wiele zrobić.
Wierzcie mi bieg granią przy deszczu, wietrze i 3 stopniach nie należy do sytuacji, które chciałoby się powtórzyć. Zwłaszcza ośmiogodzinny.
Wieczorem 2h prałam i suszyłam ubrania. Wieczorem umarłam na amen. Wieczorem przyjechał Kuba.








Brak komentarzy:
Prześlij komentarz