wtorek, 21 maja 2013

Na zamku Chojnik

Mój ostatni dzień w Karkonoszach to ciągłe pożegnania. Z górami, z zapachem wilgotnego lasu, z tą wolnością, którą nabiera się wraz z chłodnym, porannym powietrzem... 
Kuba ledwo się ruszał. Poranne ablucje przeciągał i przeciągał. Coś nie bardzo potrafiłam mu uwierzyć, że "wszystko super i gdzie dziś idziemy?". Powoli prowadził samochód, mówił jakoś mniej. Może też żegnał się z górami?
Do Sobieszowa dojechaliśmy w samą porę na drugie śniadanie. Szlak na zamek na gorze Chojnik wiódł przez Czarcie skałki (zejście już było łagodniejsze). Trudy podejścia wynagradzał widok z wieży. Rozpuściłam włosy, zostałam roszpunką. Patrzyliśmy na pięknie położoną Jelenią Górę, na migoczące stawy rybne, czerwone dachy Sobieszowa i malownicze uliczki Jagniątkowa.
Gdyby nie to, że musieliśmy się zawijać do Warszawy, mogłabym zostać i podziwiać panoramę do wieczora. Kuba szczelił jeszcze trzy dychy z kuszy i już pomykaliśmy do Wrocławia, żeby zgarnąć kumpla, który też tego dnia wracał do Warszawy. Chyba dobrze nam się jechało ze sobą, bo byliśmy w domu dobrze po 23. I tak sobie myślę, że już mogłabym wrócić z powrotem ;)









Brak komentarzy:

Prześlij komentarz