Rano nie musiałam się zbytnio wysilać, żeby namówić Maćka na dłuższą drogę powrotną o PKS-u. Rudawy urzekły i jego. Wczoraj byliśmy pod skałkami zwanymi Końmi Apokalipsy, dziś udało nam się zawędrować pod Lwią skałę. Jeszcze raz zatopiliśmy się w mchy i olszyny, zamknęliśmy w dłoniach kosmate liście, których tu wczoraj z pewnością nie było i rozłożyliśmy się na świeżo ściętych pniakach. Dochodząc do szczytu Bolczowa usłyszeliśmy śpiew. Znaczy się są nasi:) Wierzcie mi kanapki z ogóraskami nigdzie nie smakują tak dobrze, jak przed bramą ruin starego zamczyska. Wewnątrz świetnie zachowanej twierdzy chrześcijańska grupa wsparcia odwykających miała swoje zgrupowanie. Zaśpiewaliśmy z nimi "Pan jest pasterzem moim", ale że wśród samych mężczyzn nie mogłam się dopatrzeć żadnej kobiety, panowie zaś chyba dopatrzyli się w nas czegoś ciekawego, bo nie odrywali ode mnie wzroku, to podziękowaliśmy za towarzystwo jakoś nadspodziewanie szybciutko.
W Kowarach chapnęliśmy jeszcze na szybko flaczki, przytuliliśmy się ciepło i już Maciek mknął peksem do Warszawy. Dwa lata temu, kiedy Gerardy zostawiały mnie samą w Żywcu na dalsze chodzenie byłam przerażona i spanikowana. Pamiętam nawet, że miałam chętkę zabrać się z nimi. Chwała Bogu, że tego nie zrobiłam ;) Teraz czułam tylko podniecenie, jakbym wracała do jednej z tych najintymniejszych przyjemności.
Jutro już wracam na zachód. Mam w planach zatoczyć pętlę i zamknąć ją w Szklarskiej, gdzie chyba czeka na mnie niespodzianka.




















Brak komentarzy:
Prześlij komentarz