poniedziałek, 19 sierpnia 2013

Kosmos pod powiekami

Rano wiało mało. Po południu jeszcze mniej. Zgarnęliśmy Mamę Maćka na łajbę. Wkupiła się pysznym kurczakiem i urokiem osobistym. Śmiała się wdzięcznie i wcale, ale to wcale nie bała się bujania łodzi.

Słońce odbijało się od lekko zmrużonej wody. Migało w bulajach. Puszczało zajączki na knagach i kluzach. Jak dziecko wyglądało na nas z każdego kątka. Rozglądałam się leniwie i może od upału, a może od natłoku wrażeń zaczęło wirować mi w głowie. Splątały mi się przed oczami icki i krawaty, troczki Kasinego kostiumu i blond loki Dominiki.

Kiedy długo łowię ryby, po zamknięciu oczu widzę spławik. Kiedy zamykałam oczy na łajbie widziałam kosmos. Normalny, taki trójwymiarowy, z drogą mleczną i czarnymi dziurami. Czyżbym zatem za długo weń patrzyła? Obudziłam się, jak po długiej wycieczce w nieznane.

Promienie, zmęczone, przestawały już igrać na kabestanach. Wydłużały cienie, zaczynały się chować za topolami. Zaczęliśmy gubić kolory.  Kawa z mlekiem na plecach Moniki ustępowała małej czarnej, mandarynkowe refleksy na ramionach Domki zmieniały się w ciemne złoto. Mi błyszczały się stopy. Dziewczyny mówią, że to przez krem do opalania z brokatem, ale ja wiem, że to przez brodzenie w kosmosie.








Brak komentarzy:

Prześlij komentarz