Trzeciego dnia powiało. Położyliśmy zatem znów maszt i w moment znaleźliśmy się na patelni. Kilka kółek i już płynęliśmy w stronę Wierzbicy. Halsowanie tam, motylowanie z powrotem. Tego dnia zwiedziliśmy cały Zalew i jeszcze zostało nam czasu na ćwiczenie. Nareszcie mogliśmy przypomnieć sobie podnoszenie człowieka za burtą, stawanie przy boi, kontrolowane dryfowanie. Dawno już tyle nie zrobiliśmy. Nawet popróbowaliśmy wiązania ratowniczego w wodzie przy dużej prędkości. Zabrakło tylko czasu na pogadanie. Jak to możliwe?
Mam wrażenie, że po kilku dniach na łajbie wpada się w limbo. Niby funkcjonujemy normalnie. Jemy o podobnych porach, rozmawiamy ze sobą ciepło, ubieramy się ładnie. Zupełnie jednak niezauważenie wypadamy z rytmu codzienności. Zaczyna się niewinnie. Ot rano się wykąpiemy, a nie jak co dzień wieczorem. Ot późno zjemy śniadanie i zapomnimy o drugim śniadaniu, bez którego na co dzień nie funkcjonujemy. Ot przecież mamy tyle czasu to spokojnie pogadamy o naszych rzeczach jutro, przecież na co dzień wystarczy, że się zdzwonimy. W pewnym momencie wszystko co dotychczas było ważne zaczyna tracić na wartości. Robimy rzeczy z przyzwyczajenia, przestajemy do nich przywiązywać jakąkolwiek wagę. Po prostu odpływamy...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz