Warszawa ostatnio jest nie do wytrzymania. Jeszcze tydzień temu
zamrożona na kamień, pokryta śniegiem, całkowicie wymarła, dziś budzi się do życia.
E tam budzi. Rwie się jak szalona! Atakuje wszystkie zmysły, zupełnie nie
pozostawia miejsca na odpoczynek. Jeszcze miesiąc temu w Kampinosie cieszyłam
się wygłuszoną śniegiem puszczą, niesamowitą ciszą bezruchu. Dziś wszystko szeleści,
buczy, szumi. Pocierają o siebie gałęzie, opadają małe łuski z pąków, z każdego
pora ziemi wyłażą małe zielone trawki, a całe to towarzystwo gaworzy jak najęte,
nie pomaga zamknięcie okien, ani zajęcie się czymś innym. W tle wciąż słychać tę
nieustanną krzątaninę przyrody. Do tego na każdym rogu stoją zieloni panowie. Przycinają
gałęzie, strzygą krzaczory, czeszą trawniki. Jakbyśmy przygotowywali się do
wielkiego otwarcia, fiesty na cześć wiosny. No i ten zapach. Niby jeszcze nie
ma kwiatów, ot przyczaiłam znienacka rano za sklepem jakąś małą forsycje i trzy
kolorowe bratki, a jednak wszystko już pachnie mokrą ziemia, słodkimi żywicami
i tą nigdzie więcej nie spotykaną mokrością znad Wisły. Buczy, pachnie i jakby
dostało życia. Mężczyźni nie wiedzą gdzie podziać oczy, naraz zewsząd wyłoniły się,
blade jeszcze po zimie, ale już nabierające rumieńcy, chociażby od ukradkowych spojrzeń,
biusty, zalśniły wysokoobcasowe łydki, wyłagodziły się uśmiechy, wystawiane na
przystankach do słońca twarze. Ludzie jakby nabrali życia: wszędzie pełno
rowerów, wózków z dziećmi, bąbli na hulajnogach i przeskakujących mi nad wyciągniętymi
nogami deskorolkarzy (że też im zębów nie szkoda). Warszawa jest już nie do
wytrzymania. Trzeba spadać w góry ;)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz