poniedziałek, 1 kwietnia 2013

Głosy na puszczy


A kiedy męczy mnie już patrzenie we wszystkie możliwe ekrany, wówczas nie ma siły, która zatrzymałaby mnie w domu.

- Hej, mam jutro wolne spadamy gdzieś połazić?
- Daj mi chwilę obczaję trasę.
- ;)

- Kwatera dowodzenia atomowego?
- Z przyjemnością. Ja kanapki, Ty trasę?
- Z przyjemnością. 9:00 na Młocinach?
- Do miłego zatem;)

Lekko padał śnieg, trochę powiewał wiatr, strasznie szumiały głosy. Nie lubię tego stanu, kiedy dochodzą do mnie na raz niedokończone rozmowy, czyjeś prośby, zasłyszane krzyki, moje myśli. Wszystko to kłębi się z tyłu głowy, oplata wieńcem czoło, naciska na skronie. Lasek brzozowy i babskie piski z pracy, podmokłe jagodziny i męski pijany głos z autobusu, szeroka polana i niedokończony czat, bezdźwięczny, bez bez intonacji i tembru głosu. Najgorsze, że intelektualnie wiem, że nikt nic nie mówi, nawet przecież my nie rozmawiamy, a i dookoła nikogo nie ma. W miarę jak zagłębiamy się w las, jak plączemy za sobą kilwater szlaków, głosy się wyostrzają. Teraz już rozpoznaję poszczególne z nich. Powoli zaczynam kończyć rozpoczęte rozmowy, wiem jak odpowiedziałabym niegrzecznej sprzedawczyni i co mógł chcieć ode mnie elegancko ubrany żul, który na całe gardło pytał się wychodzących z metra: Ludu mój, ludu cóżem Ci uczynił?

Marcin opowiada o swoich zajęciach, o ładnych studentkach o przygotowaniach do zajęć, które prowadzi po angielsku, płynnie przechodzi do swoich ukochanych pociągów, cichutko trąbi jak RP1, śmieje się wdzięcznie na myśl o miejscu, do którego zmierzamy. W miarę rytmicznego taktu wybijanego butami, szumu młodziutkich gałązek brzozowych, głosy się wyciszają. Powoli zaczynam rozumieć, co się do mnie mówi, co robimy, gdzie idziemy. W sama porę, bo oto zza zakrętu wyłaniała się ruina. cdn.





Brak komentarzy:

Prześlij komentarz