Na PKS czekaliśmy dobrą godzinę. Z nami cała Piwniczna.
- A Zośka to nową pracę ma.
- Jolka jej załatwiła na pewno.
- Nikt jej nie załatwił. Przecież ona ma wykształcenie do biura. Nie tak jak my. Przecież ona nie ma zawodówki, ale wykształcenie średnie. Maturę zdała.
- A no skoro tak...
- A Pani to też czeka na ten do Kosarzysk?
- Tak, już przeszło 30 minut. Jeżdżą jak chcą.
- Usiądę koło Pani, to go nie przeoczę...
- A w '45 to jak tu Ruscy weszli...
Brudziliśmy się lodami i słodkimi wafelkami. Wystawialiśmy buzie do słońca. W Dzień Dziecka było dla nas łaskawe. Z pętli droga przez godzinę wiernie trzymała się asfaltu. A potem zaczęły się widoki. Potykaliśmy się o kamienie, bo nie dało się jednocześnie patrzeć na panoramę Tatr i pod nogi. Na kamieniach wygrzewały się zygzakowate żmijki, zielone jaszczurki i miedziane padalce. Szymon wypatrzył nawet jakąś opalającą cycatą brunetkę pośród traw. Na Wielkim Rogaczu miały czekać na nas magiczne jednorożce. Spłoszyliśmy je jednak trudnymi do spełnienia marzeniami. Najwyższym punktem tej wycieczki stał się najwyższy punkt Beskidu Sądeckiego - Radziejowa. Wierzcie mi, że cebularze, buły z szynką i wieża widokowa mogą być czasami namiastką nieba:)
Długa droga powrotna była czasem na trudną sztukę rozróżniania rumianków od niezapominajek i jaskrów od dzwonków.
Wieczorem nie poszliśmy spać. Wieczorem rozmawialiśmy z gospodarzami o tym jak tworzy się w państwie elity. Nocne Polaków rozmowy...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz