niedziela, 31 maja 2015

Dzikie zwierzęta na Runku

Na Runek wybraliśmy się ze Szczawnika. Na żółtym błoto po kolana. Ślizgaliśmy się jak Kowalczyk na biegówkach. Nad linią lasu przywitały nas wyciągi narciarskie i jeleń. Przebiegł nam przez drogę i schował się w przeciwległym lasku. Szlak opadał łagodnie do schroniska nad Wierchomlą. Oblizywałyśmy się z Natką nad kołaczami, kawą i kwasem chlebowym. Minęli nas kolarze i starsze małżeństwo z kijkami. Dzieci na huśtawce i kozy o pionowych źrenicach odprowadzały nas tęsknie wzrokiem, ale my mężnie zmierzaliśmy na Runek. Mała polanka w środku lasu stanowiła najwyższy punkt naszej wycieczki. Dziękowaliśmy Bogu, że schodziliśmy tą trasą, a nie nią wchodziliśmy. Strome zbocza drogi chyba nie pierwszy raz zamieniły się w brzegi potoku. Ubłoceni i mokrzy wyszliśmy na wypłaszczenie, gdzie zaszumiało, zapiszczało i na ścieżkę wypadły dwie wesołe sarenki;) Patrzyliśmy na nie, one na nas. Zadziwienie obopólne niespodziewanym spotkaniem nie trwało długo. Sarny mignęły jeszcze przez moment pośród buczyny, a my ruszyliśmy do wsi. Napełniliśmy puste butelki szczawianową wodą i wspomnieniem zdrojowej pijalni i juz lecieliśmy na obiad. Szymon równo prowadził samochód, a my z Natką usnęłyśmy w pół zdania. We śnie mrugała do mnie sarna, wielkim sarnim ocienionym rzęsą okiem.


























Brak komentarzy:

Prześlij komentarz