wtorek, 2 czerwca 2015

Pogromcy burz

Wyszliśmy bez szlaku, nie mogliśmy go znaleźć dobrą godzinę. Niby przy cerkwi między cmentarzami miał się piać w górę, ale jedyne co się tam pięło to elektryczne pastuchy i pachnący groszek. Pachniała też cerkiew tym niepodrabialnym, zapachem setletnich okadzeń. I świeżo ścięte drewno pachniało, aż zapierało dech w piersiach, ale to dopiero później, kiedy weszliśmy w las. Wcześniej pachniała łąka. Umajona, rozbzczana, kolorowa i szumiąca.
Parno, duszno i bezwietrzenie plus bezchmurne niebo i milion stopni, no i oczywiście stromo pod górę - to jest właśnie ten moment, kiedy nawet Natce zaczęliśmy wybaczać marudzenie. W lesie było lepiej. Tutaj jednak dawały się we znaki, błoto, muchy i pokrzywy na wąskich, nieprzetartych ścieżkach. Generalnie pole do popisu dla wszelkich narzekaczy. A jednak nie przestawaliśmy się uśmiechać. Zdobyliśmy dwa nieduże szczyty i już schodziliśmy do Leluchowa, gdzie stała potravina na potravinie. Leluchów to miejscowość graniczna między Polską i Słowacją. Chyba nie spodziewałam się, że aż tyle mamy do zaoferowania Słowakom, co to są bardzo zadowoleni z bycia w strefie euro. Miło popatrzeć na wypchane dobrami sklepy, a za nimi pięknie utrzymane, bogate polskie domy. Oby takich więcej.
Prawie udało nam się dogonić burzę. Była jednak od nas szybsza, złapaliśmy tylko kilka jej kropel i już chopsnęła za graniczny strumień. Niepowetowaną stratę namoczenia się szybko zrekompensowałyśmy sobie taplając się w lodowatym strumieniu. 
W drodze powrotnej Szymon wymyślał limeryki. Ładne, dźwięczne, klasycznie aa,bb,a, niestety niezapisane, więc nie do powtórzenia. Może jutro uda mi się go namówić na powtórkę z rozrywki. Jutro łazimy ostatni dzień. W czwartek bowiem dojeżdża do nas silna ekipa pod wezwaniem. Ekipa 3xM;)































Brak komentarzy:

Prześlij komentarz