Nie
widzieliśmy misia, ale udało nam się wytyczyć kolejne ścieżki na naszej mapie
Ameryki. Dziś spędziliśmy cały dzień w parku Yosemite. Ilość wodospadów
zawróciła nam w głowie. Główny wodospad w parku, wodospad przypominający welon
panny młodej, dwa wodospady na końcu doliny… Silny wiatr podwiewał spadającą z
ogromną siłą wodę i skrapiał gapiów chłodną mgiełką, słońce migało na
rozproszonych kroplach, podwójna tęcza czarowała swoim magnetycznym pięknem.
Chodzenie po
górach w Kalifornii ma się nijak do chodzenia po górach w Polsce. Żar leje się
tutaj z nieba, a Ty wysychasz po kilku chwilach spędzonych na otwartym słońcu,
powietrze jest ciężkie i suche i możesz tylko pomarzyć o głębokim oddechu.
Dlatego też z taką radością przyjmowaliśmy każdą mokrą bryzę dochodzącą do nas
wraz z momentami silnie wiejącym wiatrem. Po dwóch godzinach naprzemiennie
mokrych i suchych podkoszulek udało nam się wdrapać na szczyt jednego z
wodospadów. Miejsce to zaliczam do grona kilku, z których mogłabym niechcący
spaść i sprawiłoby mi to wyjątkową, choć krotką, przyjemność. Woda wyrzeźbiła
tutaj nieckę w litej skale góry. Jezioro było płytkie i szerokie a woda
wybornie lodowata. Leżeliśmy na ogromnym, płaskim kamieniu, patrzyliśmy na
próbujące nam wykraść drugie śniadanie wiewiórki i nie marzyliśmy ;) Wszystko o
czym moglibyśmy pomarzyć mieliśmy w zasięgu ręki: piękno przyrody, niesamowitą
pogodę, siebie nawzajem.
W drodze powrotnej znów rozmawialiśmy po angielsku. Staramy się to robić codziennie. Wmyślamy jakiś prosty temat i dzielimy się wrażeniami, żartami, pomysłami. Dziś wzięliśmy na warsztat tryb warunkowy i pytanie: jeśli mógłbyś się przenieść w dowolny czas i miejsce to kiedy i gdzie byś wylądował. Maki mówi, że stworzy z tego osobną notkę. Ja tam trzymam go za słowo.
Wieczorem relaksowaliśmy się po ciężkim dniu w hotelowym basenie. Na leżakach opalali się Rosjanie, w jacuzzi grzali się Włosi, portorykańskie dzieciaki chlapały się w brodziku. Globalna wioska na poziomie kalifornijskiej sadzawki.
Niby same przyjemności a jednak dopada nas zmęczenie. Obiecaliśmy sobie, że codziennie każdy z nas ma jedynie minutkę na marudzenie. Staramy się jej trzymać, zwłaszcza wtedy, gdy jest nam niedobrze przy zmienianiu wysokości z 650 do 3500 m n.p.m., albo wtedy, gdy nawet uszy mamy przewiane przez klimatyzację, albo gdy stoimy w kolejce do wjazdu do parku, albo… No dobra oszczędzimy Wam naszych minutek ;)
Wielokulturowość mieszkańców przekłada się na wielość kuchni do spróbowania. Grzesiula, specjalnie dla Ciebie wstąpiliśmy do Taco. Po zamknięciu knajpy pogadaliśmy z wesołym gościem w drive-thru i dostaliśmy nasze małe naleśniczki z kurczakiem, wołowiną, sosami i sałatkami. Czy było warto? Z dużą ilością wina wszystko jest dobre. Jutro planujemy tajskie jedzenie.
wiewiórka udaje jaszczurka?
OdpowiedzUsuń