poniedziałek, 18 czerwca 2012

Death Valley

Śmierć nie nosi ze sobą kostura, nie pobrzękuje łańcuchami, ani nie ujawnia się jako chłodny oddech na karku. Śmierć jest gorącym podmuchem ognia. Przez chwilę przyjemnie obezwładnia blaskiem słońca i kładzie się ciepłem na skórze. Jej cisza wchłania w siebie, słodko usypia czujność. Łatwo ulec temu urokowi i przekroczyć punkt bez odwrotu. Śmierć ma swoją dolinę.


Czyżbyśmy zatem ją oszukali przejeżdżając wczoraj 600 km przez nieprzyjazne tereny Death Valley. Zbocza tutaj wyglądają jakby były miękkie, a zbudowane są z twardych okruchów, jeziora sprawiają wrażenie mokrych a są wysuszone na pył. Z pyłu zbudowane są też góry, pagórki, wzniesienia i całe dno doliny. Dno doliny to najniższy punkt kontynentu ( - 85,5 m p.p.m.) Maleńka kałuża wody, która się tu zbiera jest tak zasolona , że miejsce to nazwano po prostu Badwater ;) Księżycowego krajobrazu dopełniają wydmy na końcu doliny. Stojąc na jednej z nich przez chwilę czułam się jak Mały Książe. Słońce zachodziło, a ja zapadając się w piaszczystej wydmie rozglądałam się, może nie za żmijami, ale za grzechotnikami.





















































Maki wypatrywał zachodu słońca i chmur a my czekałyśmy na gwiazdy. Doczekaliśmy się ich wszyscy. Mały wóz był nie w tym miejscu w którym powinien, a Kasjopea ledwo wystawała ponad horyzont, za to dawno nie widzieliśmy tak wspaniałej drogi mlecznej. Patrząc na bezkresne przestrzenie Doliny śmierci i nieogarnione niebo myślę sobie, że łatwo tutaj o samotność. Dobrze, że jesteśmy tutaj we czworo ;)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz