Śmierć nie
nosi ze sobą kostura, nie pobrzękuje łańcuchami, ani nie ujawnia się jako
chłodny oddech na karku. Śmierć jest gorącym podmuchem ognia. Przez chwilę przyjemnie
obezwładnia blaskiem słońca i kładzie się ciepłem na skórze. Jej cisza wchłania
w siebie, słodko usypia czujność. Łatwo ulec temu urokowi i przekroczyć punkt
bez odwrotu. Śmierć ma swoją dolinę.
Czyżbyśmy
zatem ją oszukali przejeżdżając wczoraj 600 km przez nieprzyjazne tereny Death
Valley. Zbocza tutaj wyglądają jakby były miękkie, a zbudowane są z twardych
okruchów, jeziora sprawiają wrażenie mokrych a są wysuszone na pył. Z pyłu
zbudowane są też góry, pagórki, wzniesienia i całe dno doliny. Dno doliny to najniższy
punkt kontynentu ( - 85,5 m p.p.m.) Maleńka kałuża wody, która się tu zbiera
jest tak zasolona , że miejsce to nazwano po prostu Badwater ;) Księżycowego
krajobrazu dopełniają wydmy na końcu doliny. Stojąc na jednej z nich przez
chwilę czułam się jak Mały Książe. Słońce zachodziło, a ja zapadając się w
piaszczystej wydmie rozglądałam się, może nie za żmijami, ale za grzechotnikami.
Maki
wypatrywał zachodu słońca i chmur a my czekałyśmy na gwiazdy. Doczekaliśmy się
ich wszyscy. Mały wóz był nie w tym miejscu w którym powinien, a Kasjopea ledwo
wystawała ponad horyzont, za to dawno nie widzieliśmy tak wspaniałej drogi
mlecznej. Patrząc na bezkresne przestrzenie Doliny śmierci i nieogarnione niebo
myślę sobie, że łatwo tutaj o samotność. Dobrze, że jesteśmy tutaj we czworo ;)

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz