poniedziałek, 18 czerwca 2012

Yosemite


Dziś krajobraz zmieniał nam się w mgnieniu oka. Rankiem po lewej stronie mijaliśmy ostre szczyty Sierra Nevady. W południe wypiliśmy leniwą kawkę i pomodliliśmy się na ekspresowej mszy w wyjątkowo skromnie urządzonym kościele, a już chwilkę później podziwialiśmy góry coraz bardziej przypominające nasze Tatry. 



Nawet nie wiedziałam, że już po kilku dniach na pustyni człowiek może tak bardzo tęsknić do zieleni, wody, chmur… Marzyliśmy o wodzie, o kąpieli w chłodnej wodzie. Przejechawszy jakieś 350 km od Doliny Śmierci natrafiliśmy na ogromne pojedyncze jezioro. Ależ tak zgadliście – nazywało się Mono Lake ;) Niestety o kąpieli w nim nie było mowy. Zwapniałe osady wystawały wysoko ponad trzykrotnie bardziej niż ocean zasolone jezioro.








W poszukiwaniu naszej ziemi obiecanej ruszyliśmy na zachód. Szybko minęliśmy szlabany parku Yosemite i rozłożyliśmy się nad maleńkim oczkiem wodnym z prowizorycznym piknikiem. Kanapki, picie, koc, słońce i… komary.  A już mieliśmy nadzieje, że nie ma takich atrakcji w upalnej Kalifornii.



















Park rozleniwił nas od samego początku. W Polsce trzeba ubrać się w moro i siedzieć w krzakach na końcu Bieszczad dwa miesiące, żeby cyknąć jakieś ciekawe zwierzę. Tutaj zwierzęta chodzą jakby w ogóle nie zauważały ludzi. Sarny jedzą trawę na poboczach drogi. Wiewiórki wesoło przemykają między drzewami. A małe chipmunki śmigają nam bez przerwy między nogami.













Wleźliśmy na skałę. Patrzyliśmy w niebo i wiedzieliśmy, że nigdzie się nie spieszymy. Nie mamy ze sobą żadnych rodziców, żadnego ciśnienia, żadnych stresów. Siedzieliśmy tam dobre pół godziny. Ruszyliśmy się tylko dlatego, że nie był to dogodny punkt obserwacyjny na zachód słońca ;) 




















Widzieliśmy piękne liściaste lasy, maleńkie jeziorka i niesamowite skały, ludzi łapiących ryby i przyglądającym się z nami zwierzętom i krajobrazom. Gory-skały często przypominały mi nieco słowackie zbocza tuż koło Chaty Teryho. Wieczorkiem orzeźwiła nas mała kąpiel w zimnym jeziorze Tenaya Lake a półokrągła góra Half dome zupełnie nas zauroczyła. Zachód słońca spotkaliśmy nad szumiącym wodospadem a rozgwieżdżone niebo na jednej z serpentyn wyjazdowych z parku.





































Teraz już wszyscy śpią. U nas jest jakaś trzecia w nocy. Zamarudziłam dziś, bo chciałam nadrobić z notkami. Ciekawe jak jutro dorównam kroku załodze. Pathfindersi chrapią dzielnie, ale i tak nie są w stanie zagłuszyć klimatyzacji. Zostajemy w tym miejscu dwa dni, więc jest szansa, że jutro nareszcie wrócimy wcześniej na nocleg i wykąpiemy się w jednym z dwóch  basenów, które należą do tego hotelu. Trzymajcie za nas jutro kciuki. Idziemy zobaczyć misia ;)



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz