poniedziałek, 25 czerwca 2012

Kicz doskonały


Nadszedł upragniony dzień. Dzień odpoczynku. Nigdzie dziś nie pędziliśmy. Prawie się nawet wyspaliśmy.  Jedyna wycieczka, która nam przyszła do głowy, wymagała tylko godzinnego podróżowania i to piękną drogą wzdłuż wybrzeża.
Zamek Hearsta widzieliśmy już z daleka. Dwie białe wieże lśniły na wzgórzu w popołudniowym słońcu. U podnóża wzniesienia zbudowano całą bazę turystyczną. Wszędzie tutaj napotykamy pełen serwis: restauracja z wykorzystaniem jedzenia produkowanego na farmie Hearsta, sklep z pamiątkowymi bluzami, kalendarzami, medalikami z podobizną Hearsta, kino, w którym wyświetlany jest film o życiu Hearsta... Autobus zawiózł nas na wzgórze. W czasie drogi puszczano muzyczkę z lat '20, opowiadano o romantycznym widoku rozpościerającym się z góry, o człowieku: wizjonerze i pracowitym marzycielu.
To, co zobaczyliśmy, to był po prostu kicz doskonały. Jeśli w Sevres przechowywany jest wzorzec metra, to w San Simeon przechowywany jest wzorzec kiczu. Francuskie wrota, które oryginalnie prowadziły do jakiegoś kościoła, tutaj prowadzą przez włoską mozaikę do komnaty z francuskim osiemnastowiecznym kominkiem, włoskim renesansowym sufitem i piętnastowiecznymi rycerskimi gobelinami. Eklektyzm to złe słowo. Kościelne stalle robią tutaj za krzesła przy mahoniowym stole nakrytym srebrnymi kandelabrami i zastawą wprost z Searsa. Najgorsze, że Amerykanie to kupują. Cmokają z podziwu i wzdychają nad wspaniałością Europy. Nie mają zielonego pojęcia, że elementy nie pasują do siebie ani stylowo ani epokowo. Jedyne, co faktycznie mi się podobało. to baseny. Mogę sobie wyobrazić siebie kąpiącą się w chłodnej, czyściutkiej wodzie wśród nimf i delfinów. Małgosi podobał się ogród - pięknie utrzymane róże dają tutaj wytchnienie od suchych kalifornijskich wzgórz, a Kasi wpadł w oko alabastrowy kolor rzeźb i ścian domów. Chyba tylko my bardziej cieszyliśmy się z widoku rozpościerającego się z góry, niż z widoku pięciu różnych dachów kryjących poszczególne części zamku ;)

























































Najciekawsze jednak było przed nami, w ramach biletu mogliśmy obejrzeć film o Hearstie w imaxie. Po 40 minutach filmu żałowałam, że byłam w autentycznym zamku. Chyba do tej pory nie zdawałam sobie aż tak sprawy z potęgi słowa. Normalnie żałuję, że nie kupiłam DVD z pięknymi przyrodniczymi widokami z samolotu, z ciekawymi anegdotami o wyjątkowym człowieku, ze ślicznymi ujęciami z wnętrza malowniczego zamku. Gdzie się podziała cała tandeta, którą dopiero co widzieliśmy?! ;) Warto było się wybrać do Zamku Hearsta, by doświadczyć tego wrażenia.


Wracaliśmy do domu "jedynką". Złotawe trawki miękko układały się pod naporem wiatru znad oceanu, cienie porozrzucanych niedbale na wybrzeżu drzew stawały się coraz dłuższe, fale biły o klify. Patrzyłam na uciekające nam spod nóg szczurki i chowające się w skalnych szczelinach jaskółki. Tęskniłam. Nie wiem za czym, ale tęskniłam bardzo mocno. Patrząc na bezkres nie miałam już poczucia, że patrzę w próżnię, nie męczył mnie już huk wody. Gdyby nie przejmujący zimny wiatr mogłabym stać na wybrzeżu jeszcze dobrą godzinę.










Brak komentarzy:

Prześlij komentarz