Do San
Francisco dojechaliśmy bardzo późno w nocy. Wprowadzeni w błąd przez panią
recepcjonistkę przejechaliśmy na darmo jakieś milion kilometrów. Skutek był
taki, że o w pół do pierwszej w nocy siedzieliśmy zmęczeni słońcem, całym dniem
jazdy i dwuipółgodzinnym poszukiwaniem noclegu w szczelnie zamkniętym
samochodzie w najgorszej dzielnicy miasta. Nic nie zwiastowało takiego obrotu
spraw. Kiedy wjeżdżaliśmy po zmroku do miasta migało nam ono tysiącami
światełek, latarnie odbijały się z jednej strony w równej tafli zatoki a z
drugiej w oceanie. Domki warstwami układały się na łagodnych wzgórzach, a
ogromne lotnisko żyło rytmem niezależnym od pory dnia i nocy. Kiedy jednak
okazało się, że gruba recepcjonistka odmówiła nam nawet droższego noclegu (- „O
zobaczcie, w czasie, gdy rozmawialiśmy, ktoś już zamówił wasz pokój przez
Internet.”) a my dowiedzieliśmy się, że nie mogliśmy znaleźć żadnego hotelu,
ponieważ za dwa dni rusza w San Francisco znana na całym świecie parada gejów,
usiedliśmy, żeby przereorganizować plany. ilny Patrzyliśmy jak wiatr przewiewał
śmieci z chodnika na ulicę, bezdomni kłócili się o coś w swoim narzeczu a niekompletnie
ubrana dziewczyna kłóciła się z pijanym Murzynem. Maki zdecydowanym ruchem
zamknął wszystkie drzwi w samochodzie. To nie tak miało być. Miasto, które znamy
z tysiąca filmów, do którego bogaci ludzie z Silicon Valley przyjeżdżają na
obiad, gdzie jest momentami więcej turystów niż mieszkańców okazało się miastem
brudasów, dziwek i ogromnej ilości policji.
Koniec
końców udało nam się znaleźć niewielki pokój z dwoma ogromnymi łóżkami w innej
części miasta. To zadziwiające, jak wszystkie hotele są do siebie podobne.
Zwykle bierzemy double queen – czyli pokój z dwoma łóżkami. W każdym hotelu znajdujemy
tak samo posłaną pościel, tak samo ustawione kubeczki, wodę, szamponiki,
mydełka, ręczniczki… Wszystko malutkie, eleganckie, oznaczone nazwą hotelu,
położone na szerokim, kamiennym blacie, naprzeciwko zajmującego całą ścianę
lustra, tuż przy wejściu do łazienki. Pokoje sprzątają zwykle nic nie mówiący
Meksykanie, którzy czasem po prostu wchodzą do pokoju bez pukania i widząc nas
śpiących rejterują bez pardonu.
Początkowo schodziliśmy
na śniadania. Po którejś muffince, owsiance i niejadalnej jajecznicy z tostami
uznaliśmy, że wolimy się jednak wyspać i zjeść śniadanie na mieście, albo w
parku ;) Wciąż poszukuję tutaj swojej kawy. Espresso nie ma niestety mleka, do
Americano dolewają tylko wodę, caffee latte to z kolei samo mleko. Ktoś ma jakaś podpowiedź?
I znów się
rozgadałam ;) Wracając jednak do San Francisco. W dzień miasto pokazało nam
swoje zupełnie inne oblicze. Na szerokich ulicach sąsiadują tutaj ze sobą wszystkie
możliwe ekskluzywne butiki. Myślałyśmy z Kasią o jakichś pamiątkach: torebkach
od Lui Vitona, bucikach od Prady czy choćby koszulkach z Lacoste, ale Maki
ciągnął nas już do salonu Bugatti ;) Na zalanych słońcem schodach Union Square siedzieli
modni chłopcy palący długie papierosy, przez pasy przelewał się wielokulturowy
tłum, kosmaci mężczyźni śmieli się do siebie beztrosko, a opalone dziewczyny
wystawiały delikatne buzie do słońca. Na bruku stukały szpilki, przy
stolikach brzęczały filiżanki, powiewające
apaszki pachniały drogimi perfumami. W oknach kolorowych domów suszyły się
ubrania, części fasad budynków wychodziły na ulicę, klomby wypełniały kwiaty.
Po raz pierwszy od przyjazdu miałam wrażenie, że jestem w solidnym miejscu. Nigdy
tutaj nie byłam, a jednak czułam, jakbym wróciła do domu.
Młodzież jest wszędzie taka sama.
Pan w budce sprzedaje hot-dogi, a może tylko gazety.
Zajrzeliśmy
do rozkrzyczanej chińskiej dzielnicy, wjechaliśmy na wieżę widokową,
przeszliśmy się po porcie, chapnęliśmy kraba, krewetki, kalmary i inne morskie
fuje i biegiem wróciliśmy do domu, żeby zdążyć na zachód słońca na osławionym
Golden Gate Bridge.
| Dodaj napis |
Staruszek most obchodził w tym roku swoje 75 urodziny. Jak na
swoje lata trzyma się nieźle. Ma ciemny ceglany kolor, nie chwieje się nawet
przy bardzo silnym wietrze, turyści wciąż lubią robić sobie na jego tle
zdjęcia. Zobaczenie mostu było Małgosi marzeniem. Podskakiwała jak mała sarenka
patrząc na miękkie, rozproszone w wieczornej bryzie promienie słońca na moście.
Makiemu chyba pierwszy raz w życiu było zimno na wietrze, a Kasia absolutnie
mimochodem wspomniała, że zna taką jedną super pyszną zupkę, którą akurat
podaja w tym mieście. Pojechaliśmy;)
Udało nam
się wykraść przepis na clam chowder – kremową, pyszną zupę z mięczaków. Nie
radzimy jej tylko próbować na koniec dnia, tuż przed snem. Doprawdy nie wiem
jakim cudem nie pękłam. Jutro czeka nas niespodzianka ;)

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz