czwartek, 14 czerwca 2012

Góry niejedno mają imię

Rano budzi mnie telefon z Konina - pan w jednym z kin nie zorientował się, że jestem na drugim końcu świata. I tyle z odsypiania...
Za oknem pogoda zupełnie niekalifornijska. O 7 rano mamy 61F, (cholera co to w ogóle za skala! Próbuję jakoś nieudolnie znaleźć szybkie algorytmy na przeliczenie funtów na kilogramy, żeby zorientować się ile kosztuje kiloram czereśni; Farenhaitów na Celsjusze, żeby wiedzieć jaką bluzkę założyć, no i oczywiście creme de creme ile benzyny palą tutejsze pick-upy. Na razie wysiłki moje spełzają na niczym. Daniel, może masz jakieś małe hinciki?)

Łapię się na tym, że szukam punktów odniesienia: tego, co znam, tego, co oswojone, tego, co najbliższe. Dzięki temu porównuje i oceniam. Po co? Czyż nie ciekawiej byłoby wypuścić się w nieznane, pozwolić siebie na wchłanianie nowości, cieszenie się z inności jak dziecko? Idziemy w góry, odkryję je na nowo ;)

Dolinę, w której mieszkamy od góry spowija smog. Z jednej strony klaustrofobicznie zamyka miasteczko między górami i nie pozwala świeżemu powietrzu dostać się do domów, z drugiej natomiast chroni ulice przed żarem. Dziś wyjechałyśmy ponad smog. Kobierce żółtych kwiatów zdobiły pobocza wąskich serpentyn, zbocza gór jeżyły się ostrymi ostrzami ostów (wzmocnienie odbioru fonetycznym podobieństwem jest tu jak najbardziej wskazane ;). Wzniesienia przypominały raczej hałdy piachu i kamieni niż którekolwiek z naszych gór. Nie były zielone i mokre jak Beskidy, ani srebrne i monumentalne jak Tatry. Dotychczas zbitka "brzydkie góry" stanowiła dla mnie oksymoron. Pośród pustyni znalazłyśmy chłodne, przezroczyste jezioro. Podjechała do nas koleżanka Kasi. Zaprowadziła nas w nad swoje ulubione wodospady. Patrzyłam na jej pięknie opalone plecy, błyszczące włosy, białe zęby - panowie, nie dziwię się Wam, że lubicie patrzeć na dziewczyny. Nie zastanawiałyśmy się długo kiedy zaproponowała kąpiel w górskim potoku ;) Nie miałyśmy kostiumów, ręczników, kąpieli w planach... To są jednak te chwile, o których wiesz, że już się nie powtórzą i będzie się je wspominało później z przyjemnością. Słońce grało na złotych płatkach miki, Kasia piszczała, że woda lodowata, Tawny się śmiała, Małgosia robiła zdjęcia a ja powoli rozcinałam taflę wody. Odkryłam, że kobiecość znaczy też radość ;)










Wieczorem byłyśmy na cotygodniowym targu-festynie. Wiele rzeczy jest tu absolutnie innych. Jedna jest jednak bardzo podobna - problemy z jakimi się mierzymy na codzień. O tym jednak następnym razem ;)
Napiszcie mi co słychać w Polsce w przeddzień meczu o wszystko. Ktoś się wybiera?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz