środa, 20 czerwca 2012

Wodospady Yosemite


Nie widzieliśmy misia, ale udało nam się wytyczyć kolejne ścieżki na naszej mapie Ameryki. Dziś spędziliśmy cały dzień w parku Yosemite. Ilość wodospadów zawróciła nam w głowie. Główny wodospad w parku, wodospad przypominający welon panny młodej, dwa wodospady na końcu doliny… Silny wiatr podwiewał spadającą z ogromną siłą wodę i skrapiał gapiów chłodną mgiełką, słońce migało na rozproszonych kroplach, podwójna tęcza czarowała swoim magnetycznym pięknem.  
Chodzenie po górach w Kalifornii ma się nijak do chodzenia po górach w Polsce. Żar leje się tutaj z nieba, a Ty wysychasz po kilku chwilach spędzonych na otwartym słońcu, powietrze jest ciężkie i suche i możesz tylko pomarzyć o głębokim oddechu. Dlatego też z taką radością przyjmowaliśmy każdą mokrą bryzę dochodzącą do nas wraz z momentami silnie wiejącym wiatrem. Po dwóch godzinach naprzemiennie mokrych i suchych podkoszulek udało nam się wdrapać na szczyt jednego z wodospadów. Miejsce to zaliczam do grona kilku, z których mogłabym niechcący spaść i sprawiłoby mi to wyjątkową, choć krotką, przyjemność. Woda wyrzeźbiła tutaj nieckę w litej skale góry. Jezioro było płytkie i szerokie a woda wybornie lodowata. Leżeliśmy na ogromnym, płaskim kamieniu, patrzyliśmy na próbujące nam wykraść drugie śniadanie wiewiórki i nie marzyliśmy ;) Wszystko o czym moglibyśmy pomarzyć mieliśmy w zasięgu ręki: piękno przyrody, niesamowitą pogodę, siebie nawzajem.





























W drodze powrotnej znów rozmawialiśmy po angielsku. Staramy się to robić codziennie. Wmyślamy jakiś prosty temat i dzielimy się wrażeniami, żartami, pomysłami. Dziś wzięliśmy na warsztat tryb warunkowy i pytanie: jeśli mógłbyś się przenieść w dowolny czas i miejsce to kiedy i gdzie byś wylądował.  Maki mówi, że stworzy z tego osobną notkę. Ja tam trzymam go za słowo.
Wieczorem relaksowaliśmy się po ciężkim dniu w hotelowym basenie. Na leżakach opalali się Rosjanie, w jacuzzi grzali się Włosi, portorykańskie dzieciaki chlapały się w brodziku. Globalna wioska na poziomie kalifornijskiej sadzawki.  




















Niby same przyjemności a jednak dopada nas zmęczenie. Obiecaliśmy sobie, że codziennie każdy z nas ma jedynie minutkę na marudzenie. Staramy się jej trzymać, zwłaszcza wtedy, gdy jest nam niedobrze przy zmienianiu wysokości z 650 do 3500 m n.p.m., albo wtedy, gdy nawet uszy mamy przewiane przez klimatyzację, albo gdy stoimy w kolejce do wjazdu do parku, albo… No dobra oszczędzimy Wam naszych minutek ;)
Wielokulturowość mieszkańców przekłada się na wielość kuchni do spróbowania. Grzesiula, specjalnie dla Ciebie wstąpiliśmy do Taco. Po zamknięciu knajpy pogadaliśmy z wesołym gościem w drive-thru i dostaliśmy nasze małe naleśniczki z kurczakiem, wołowiną, sosami i sałatkami. Czy było warto? Z dużą ilością wina wszystko jest dobre. Jutro planujemy tajskie jedzenie.


1 komentarz: