Widzę, że im dłużej chodzę sama tym mniej mi potrzeba towarzystwa. Coraz mniej śpiesznie odbieram maile i coraz rzadziej szukam zasięgu komórki. Ba coraz mniej mi się chce rozmawiać z ludźmi. Jasne, odpowiadam na "cześć" i "skąd pani idzie". Jasne, zaczepiam i pytam "czy do schroniska jeszcze daleko". To mi jednak wystarczy. Wczoraj dokwaterowano mi małżeństwo. Krakusy, jak Krakusy, po górach przechodzeni, mili, pomocni, ale jak zagadali przed kolacją, tak skończyli dopiero po śniadaniu. Wiem już, gdzie biorą najlepsze ryby, gdzie warto jechać na all inclusive, że nie ma co kupować nic "mejd in china" [sic!], no i nie ma co przepłacać i trzeba wszystko znosić ze sobą. Spojrzałam sobie na 25 kilogramowy plecak Krakusa i na 20 kilogramowy Krakuski i normalnie nawet nie zazdrościłam im tych śpiworów, prześcieradeł, ściereczek, nożyków, schabowych, pasty jajecznej, kilograma cukru, soli, pieprzu, pomidorów, bułek na tydzień i dwóch kostek masła. Mój plecak waży 7kg i muszę się bardzo pilnować, żeby wciąż tyle ważył. Codziennie przechodzę przez jakieś miasteczko, gdzie uzupełniam zapasy. Czasem trudno się pohamować i nie kupić czegoś na zapas. Takie jedzenie to trochę, jak jedzenie manny. Każdego ranka będę mogła uzupełnić zapasy - każdego ranka manna spadnie. Nie ma sensu kupować nic więcej, bo bez lodówki wszystko się popsuje, a i nosić to trzeba będzie przez cały dzień.
Dziś zadzwoniła Zuzka. Pogadałyśmy moment i już leżałam jak długa. Kijki na bok, telefon obity, dłonie pościerane i kolano do wymiany. Noż kudre! Może trzeba było wrócić do tej dentystki, co by jakąś hurtową ekstrakcję przeprowadziła. W Brennej znalazłam aptekę. Pieniło się i syczało. Ale przeszło od ręki. Trochę poczułam się nieśmiertelna. Na antybiotyku i znieczulającej maści. Normalnie mogę wszystko;) Eh ułuda medykamentów;)
Schodziłam do Brennej wydygana. Za dużo wspomnień, za dużo znanych miejsc, za świeże to wszystko. Wspomnienia nie przyszły, znanego miejsca nie znalazłam żadnego, świeżość okazała się złudna. Mam wrażenie, że odzyskałam kolejne miejsce. Góry są moje;)
Podejście pod Równicę ciężkie. Wybrałam jednak dwie godziny marszu tutaj, niż cztery na Skrzyczne. Wystarczyło mi wczorajszego deszczu. Poza tym pierwszy raz miałam ochotę poleżeć przed schroniskiem. Udało się;) Ciepły wieczór, piękny widok na Czantorię z jednej i Pogórze Śląskie z drugiej. W pokoju cisza i spokój. Dokwaterowani mi kogoś. A jakże małżeństwo Krakusów;)


















Aga - zapisuje sie na krotkie chodzenie z Toba po gorach. Tylko daj znac przynajmniej dzien przed wyjazdem.
OdpowiedzUsuńBadz zdrowa. Pisz, czytamy.