czwartek, 6 czerwca 2013

Kopce Krakowa


Nie pamiętam już w sumie, jak znaleźliśmy się w zaułku św. Marcina. Hmm w sumie to nie pamiętam też, jak z niego wyszliśmy;) Może ten zaułek to jakaś czarna dziura. Wchodzisz doń i zapominasz o bolących nogach, o codziennych troskach, o wszystkich głupotach. Pamiętam za to uśmiech Asi, cięte riposty Marcina, niecodzienne opowieści Rzepy, tembr głosu Horhe, pełny biust kelnerki, kolczyki bruneta ze stolika obok, czerwone szpilki pań, które koło nas przechodziły i pyszne piwko. Mocno po północy rozemocjonowaną, roześmianą odprowadzili mnie do hostelu. Jak to dobrze, że tu wszędzie jest blisko. Od natłoku wrażeń wciąż wirowało mi w głowie, gdy kładłam się spać.

Kolejny dzień był równie intensywny. W sobotę przeszliśmy Kraków od północy na południe, w niedzielę ze wschodu na zachód. Mszę mieliśmy o 9 rano u Dominikanów. Na ołtarzu Bóg ojciec siedział wraz ze swoim Synem i przyglądali mi się dziwnie. W sumie ja im podobnie. Kto to widział, żeby się nie starzeć względem syna?!

Truchtem przebiegliśmy przez Zwierzyniec wyobrażając sobie, jak wygląda tu coroczny jarmark Emaus. Na Salwatorze miałam wrażenie, że jakoś magicznie znaleźliśmy się na Saskiej Kępie. Wspinaliśmy się wzdłuż jednorodzinnych domków otoczeni zewsząd zielenią. Nic dziwnego, że wszyscy marzą by tu mieszkać. Z kopca Kościuszki zobaczyliśmy całe miasto. Nie mogłam już tylko dopatrzeć się zalewu Bagry, gdzie wczoraj łopotały bielutkie groty żaglówek.

Powoli zaczęliśmy robić coraz dłuższe przerwy, aż w końcu zalegliśmy pod kopcem Piłsudskiego. Przy tak pięknej pogodzie zeszło się tu chyba całe miasto. Na kocyku szczupła blondynka równomiernie wystawiała plecy do słońca, z gracją poprawiając opadające na książkę okulary, jej chłopak chrapał obok. Tak bardzo mu zazdrościłam ;) - na górze kopca panował nieznośny upał. Wyczaiłam zatem Zalew na Piaskach i stawy rybne na Kryspinowie, lotnisko w Balicach (świetnie wyglądają lądujące tu samoloty) i naszą wczorajszą trasę.

Szybko przeszłam test z topografii Krakowa, dmuchnęłam ukradkiem w odpustowy wiatraczek pani, która stała obok i już chciałam na dół. Zwłaszcza, że u podróży góry, na Bielanach, tuż koło klasztoru rozpoczął się odpust.

Nie potrafię opisać towarzyszącej mu radości. To po prostu trzeba zobaczyć i poczuć. Ja nie wiedziałam na czym skupić wzrok. Te różki kolorowych cukierków, te błyszczące wiatraczki, pistolety na kapiszony i wielokształtne baloniki na drucikach, oh i jeszcze takie śliczne pierścioneczki z różowym oczkiem z złota nieścieralnego. A to wszystko przy smakowitym zapachu przypiekanej karkówki i niedającym się z niczym pomylić zapachu waty cukrowej. Gwar, rejwach, przepychanki i cały ten radosny tumulut uspokajał się w momencie przekroczenia bramy Kamedulskiej. 

W klasztorze panowała cisza i przyjemny chłód. Miałam szczęście. Na zielone świątki wpuszczali też kobiety. Przyznaję, że to dziwne miejsce, gdzie normalnie nie wpuszcza się spódnic, bo mogą rozpraszać. To tak jakby miały mnie rozpraszać silne ramiona, mocne dłonie czy sprężyste łydki… no dobra, może i coś w tym jest ;)

Wracaliśmy już autobusem. Z tylnego siedzenia dochodziły wieści, o tym, że Wisła niechybnie rozgromi dziś Cracovię. Jakoś niespieszno mi było tłumaczyć, że to przecież i tak Legia zawsze będzie na tronie i to w podwójnej koronie ;) Szybka pizza i już siedziałyśmy z Kingą w pociągu powrotnym. Po trzech godzinach, kiedy wysiadłam w mojej ukochanej Warszawie, w samym jej sercu, pod jaśnie panującym Pałacem Kultury pomyślałam tylko: Boże, jak tu brzydko ;)











Brak komentarzy:

Prześlij komentarz