Nie pamiętam już w sumie, jak znaleźliśmy się w zaułku św.
Marcina. Hmm w sumie to nie pamiętam też, jak z niego wyszliśmy;) Może ten
zaułek to jakaś czarna dziura. Wchodzisz doń i zapominasz o bolących nogach, o
codziennych troskach, o wszystkich głupotach. Pamiętam za to uśmiech Asi, cięte
riposty Marcina, niecodzienne opowieści Rzepy, tembr głosu Horhe, pełny biust
kelnerki, kolczyki bruneta ze stolika obok, czerwone szpilki pań, które koło
nas przechodziły i pyszne piwko. Mocno po północy rozemocjonowaną, roześmianą
odprowadzili mnie do hostelu. Jak to dobrze, że tu wszędzie jest blisko. Od
natłoku wrażeń wciąż wirowało mi w głowie, gdy kładłam się spać.
Kolejny dzień był równie intensywny. W sobotę przeszliśmy Kraków
od północy na południe, w niedzielę ze wschodu na zachód. Mszę mieliśmy o 9
rano u Dominikanów. Na ołtarzu Bóg ojciec siedział wraz ze swoim Synem i
przyglądali mi się dziwnie. W sumie ja im podobnie. Kto to widział, żeby się
nie starzeć względem syna?!
Truchtem przebiegliśmy przez Zwierzyniec wyobrażając sobie, jak
wygląda tu coroczny jarmark Emaus. Na Salwatorze miałam wrażenie, że jakoś
magicznie znaleźliśmy się na Saskiej Kępie. Wspinaliśmy się wzdłuż
jednorodzinnych domków otoczeni zewsząd zielenią. Nic dziwnego, że wszyscy
marzą by tu mieszkać. Z kopca Kościuszki zobaczyliśmy całe miasto. Nie mogłam
już tylko dopatrzeć się zalewu Bagry, gdzie wczoraj łopotały bielutkie groty
żaglówek.
Powoli zaczęliśmy robić coraz dłuższe przerwy, aż w końcu
zalegliśmy pod kopcem Piłsudskiego. Przy tak pięknej pogodzie zeszło się tu
chyba całe miasto. Na kocyku szczupła blondynka równomiernie wystawiała plecy
do słońca, z gracją poprawiając opadające na książkę okulary, jej chłopak
chrapał obok. Tak bardzo mu zazdrościłam ;) - na górze kopca panował nieznośny
upał. Wyczaiłam zatem Zalew na Piaskach i stawy rybne na Kryspinowie, lotnisko w Balicach
(świetnie wyglądają lądujące tu samoloty) i naszą wczorajszą trasę.
Szybko przeszłam test z topografii Krakowa, dmuchnęłam ukradkiem
w odpustowy wiatraczek pani, która stała obok i już chciałam na dół. Zwłaszcza,
że u podróży góry, na Bielanach, tuż koło klasztoru rozpoczął się odpust.
Nie potrafię opisać towarzyszącej mu radości. To po prostu
trzeba zobaczyć i poczuć. Ja nie wiedziałam na czym skupić wzrok. Te różki
kolorowych cukierków, te błyszczące wiatraczki, pistolety na kapiszony i wielokształtne
baloniki na drucikach, oh i jeszcze takie śliczne pierścioneczki z różowym
oczkiem z złota nieścieralnego. A to wszystko przy smakowitym zapachu przypiekanej
karkówki i niedającym się z niczym pomylić zapachu waty cukrowej. Gwar,
rejwach, przepychanki i cały ten radosny tumulut uspokajał się w momencie
przekroczenia bramy Kamedulskiej.
W klasztorze panowała cisza i przyjemny
chłód. Miałam szczęście. Na zielone świątki wpuszczali też kobiety. Przyznaję,
że to dziwne miejsce, gdzie normalnie nie wpuszcza się spódnic, bo mogą
rozpraszać. To tak jakby miały mnie rozpraszać silne ramiona, mocne dłonie czy
sprężyste łydki… no dobra, może i coś w tym jest ;)
Wracaliśmy już autobusem. Z tylnego siedzenia dochodziły wieści,
o tym, że Wisła niechybnie rozgromi dziś Cracovię. Jakoś niespieszno mi było
tłumaczyć, że to przecież i tak Legia zawsze będzie na tronie i to w podwójnej
koronie ;) Szybka pizza i już siedziałyśmy z Kingą w pociągu powrotnym. Po
trzech godzinach, kiedy wysiadłam w mojej ukochanej Warszawie, w samym jej
sercu, pod jaśnie panującym Pałacem Kultury pomyślałam tylko: Boże, jak tu
brzydko ;)



Brak komentarzy:
Prześlij komentarz