W Tatry najczęściej wyjeżdżaliśmy z Tatą i bratem na Boże Ciało. Robiliśmy to przez wiele lat pod rząd. W samochodzie słuchaliśmy mszy, z Zakopanego szybko wychodziliśmy do najbliższego schroniska. Spaliśmy na podłodze, na karimatach, w śpiworach, które Tata dzielnie nosił na plecach. Do łazienki w nocy chodziliśmy z latarkami (wówczas jeszcze wyłączano prąd po 22), myliśmy się w obskurnych łazienkach w zimnej wodzie. Cieszyliśmy się tym, że Mama nie krzyczy, żeby jeść albo zakładać czapkę. Tata opowiadał nam, który szczyt jak się nazywa i jak wygląda świstak. Potem zaczęli dołączać do nas znajomi. Któregoś roku nawet Mama z nami pojechała. Nie minęło wiele czasu i sama zaczęłam organizować wypady w góry. Opowiadałam potem po powrocie, gdzie byliśmy, co przeszliśmy. Ku mojemu zdziwieniu zorientowałam się, że odtwarzam w pamięci panoramki, tłumaczę na którym zboczu siedziały świstaki. A potem, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, wyrosłam z polskich Tatr.
Zakochałam się miłością absolutną i totalną w Tatrach słowackich. Mezalians trwał dobre trzy lata. Potem przeskoczyłam w Beskidy, ale i je przeszłam wszerz i wzdłuż. Bieszczady? Od podstawy do czubeczków. W zeszłym i w tym roku łazikowałam po Karkonoszach. Czuję, że już ciągnie mnie dalej. Zaczynam marzyć o ukraińskiej Połoninie Równiej i o rumuńskich Karpatach. Marcin trochę podpowiada Kaukaz. Jest jeszcze trochę tych gór.
I oto nagle znów w tym roku wylądowałam w Tatrach. Wróciły wspomnienia i smaki z dzieciństwa. Wróciły pytania młodzieńcze i trudne rozmowy o rzeczach najważniejszych. Znów zaczęłam aktualizować niektóre poglądy, przyglądać się swoim planom i pragnieniom. Coś się stało w tych górach. Do czegoś się chyba sama przed sobą przyznałam, czy coś mnie oświeciło. Cholera wie. Czuję, że to początek czegoś większego.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz