Nigdy nie zwiedzałam miast. Po co wyjeżdżać na wakacje z
miasta do miasta? A jednak dałam się namówić na San Francisco, Los Angeles, Santa
Barbarę, Riverside… Dałam się też namówić na San Diego. I…. nie żałuję ;)
Miasto położone jest w rożku stanu - na samym południowym
zachodzie Kalifornii. Jedna jego część leży na lądzie, druga zaś na wyspie - Coronado.
Obie partie spina niebotycznie wysoki most. Małgosia była urzeczona Golden
Great Bridge w San Francisco. Mi chyba bardziej podobał się ten most. Wznosił
się ponad budynkami jak smukła, leciutka wstążka przecinająca błękitne niebo. Chodziliśmy
po pięknie położonym centrum konferencyjnym, patrzyliśmy na ciekawie
architektoniczne downtown (widać, że faktycznie ktoś z wyczuciem smaku pochylił
się nad planami zagospodarowania przestrzennego tego miejsca), szwędaliśmy się
na nadbrzeżu, a ja wciąż tylko myślałam o tym, żeby już być na moście. Udało
nam się na niego wjechać dopiero pod wieczór. Miasto mieniło się wszystkimi
kolorami zachodzącego słońca. Ostatnie, poziome promienie odbijały się w
lustrzanych ścianach wieżowców. Ciepłe czerwienie, słodkie żółcie i kuszące
różofiolety kładły się na płaskich dachach jednorodzinnych domków. Zaczynały
się zapalać latarnie wzdłuż równo wytyczonych ulic. Woda w zatoce przybierała
barwę płynnej rtęci. W oddali widać było Meksyk. Pierwszy raz pomyślałam o tym,
że tam też mogłabym pojechać, że tak naprawdę sky is the limit. Patrzyłam w
ciszy, nie mrugałam, nie chciałam uronić ani momentu.




Brak komentarzy:
Prześlij komentarz