wtorek, 10 lipca 2012

San Diego


Nigdy nie zwiedzałam miast. Po co wyjeżdżać na wakacje z miasta do miasta? A jednak dałam się namówić na San Francisco, Los Angeles, Santa Barbarę, Riverside… Dałam się też namówić na San Diego. I…. nie żałuję ;)
Miasto położone jest w rożku stanu - na samym południowym zachodzie Kalifornii. Jedna jego część leży na lądzie, druga zaś na wyspie - Coronado. Obie partie spina niebotycznie wysoki most. Małgosia była urzeczona Golden Great Bridge w San Francisco. Mi chyba bardziej podobał się ten most. Wznosił się ponad budynkami jak smukła, leciutka wstążka przecinająca błękitne niebo. Chodziliśmy po pięknie położonym centrum konferencyjnym, patrzyliśmy na ciekawie architektoniczne downtown (widać, że faktycznie ktoś z wyczuciem smaku pochylił się nad planami zagospodarowania przestrzennego tego miejsca), szwędaliśmy się na nadbrzeżu, a ja wciąż tylko myślałam o tym, żeby już być na moście. Udało nam się na niego wjechać dopiero pod wieczór. Miasto mieniło się wszystkimi kolorami zachodzącego słońca. Ostatnie, poziome promienie odbijały się w lustrzanych ścianach wieżowców. Ciepłe czerwienie, słodkie żółcie i kuszące różofiolety kładły się na płaskich dachach jednorodzinnych domków. Zaczynały się zapalać latarnie wzdłuż równo wytyczonych ulic. Woda w zatoce przybierała barwę płynnej rtęci. W oddali widać było Meksyk. Pierwszy raz pomyślałam o tym, że tam też mogłabym pojechać, że tak naprawdę sky is the limit. Patrzyłam w ciszy, nie mrugałam, nie chciałam uronić ani momentu.
Pełna knajpek dzielnica lamp gazowych i Balboa Park z jego starodawnymi muzeami też były fajne ;)














Brak komentarzy:

Prześlij komentarz