Do Vegas wjeżdżaliśmy od zachodu. Przejechaliśmy w miarę szybko przez strip, czyli główny deptak miasta hazardzistów. Powitał nas ciąg sklepików w nieprzypadkowej kolejności: z tatuażem, ze streapteasem, z salą ślubną, z poradnictwem dla rozwodników… Przypomniały mi się Nowolipki z sexshopami, sukniami ślubnymi i ubrankami do chrztu. Nasz hotel znajdował się na samym końcu ulicy. Weszliśmy, zapłaciliśmy, nacisnęliśmy przycisk w windzie, potem klamkę od pokoju.
Panie i panowie cóż to był za widok!!! Kasia wcisnęła jeszcze jeden przycisk – muzyka zaczęła grać, a my zaczęłyśmy skakać jak oszalałe. Myślałam, że się posikam ze szczęścia. Maki wyszedł z łazienki i zobaczył trzy panny w krótkich kiecuszkach podskakujące na tle rozświetlonego neonami miasta widzianego z 28. piętra. Szybki prysznic, wybalsamikowanie po ewidentnie za mocnym słońcu i ruszyliśmy na miasto.
Oh, na miasto to za dużo powiedziane. Najpierw musieliśmy się wydostać z hotelu. Żeby się wydostać z hotelu musieliśmy wydostać się z kasyna. Żeby wydostać się z kasyna… z niego nie dało się wydostać. Zatrzymywało Cię tu wszystko. Perfekcyjnie dopasowane detale, głośna muzyka, brzęczenie automatów, kamery udające żyrandole, miękkie wykładziny i imitacje. Wszędzie imitacje. Ściany wyglądające jak z marmuru, blaty stolików podobne do szklanej mozaiki, sufity przypominające niebo… Prawie robi jednak wielką różnicę. Jedyne, co tutaj jest prawdziwe, to ludzkie emocje, albo ich brak. Największe emocje widać na twarzach mężczyzn grających w pokera, nieco mniej, w oczach kobiet stojących wokół ruletki, starzy ludzie okupujący maszyny nie okazują żadnych emocji. Po pierwszych 15 minutach wszystko przestaje ich interesować. Wpinają swoje karty kredytowe w głodne sloty i klikają z pustym wzrokiem w ogromne klawisze. Czy wygrywają? Pewnie tak, choć ja nie widziałam nikogo, kto zgarniałby brzęczące monety. Toalety są tutaj niedaleko, bary dookoła stołów, palić możesz na miejscu, a cycate blondynki wciąż donoszą Ci drinki. Nie ma sensu, abyś wychodził z tego miejsca. Przecież tutaj jest tak bezpiecznie… A poza tym schody ruchome, te w górę, są akurat popsute, do wind zaś nie ma strzałek. No i nikt Ci nie przeszkadza. Jesteś sam na sam ze swoją maszyną, bezkształtnym krupierem, tablicą ze sportowymi wynikami. Nie ma sensu, abyś wychodził z tego miejsca. Przecież tutaj jest tak bezpiecznie…
Cudem trafiliśmy do wyjścia i to nie z naszego hotelu, tylko z hotelu obok. Wciąż się zastanawiam, czy gdyby nie uprzejma babka w pizzerii to do tej pory nie błądzilibyśmy w ciągu hotelowo-kasynowym.
Na dworze było duszno i gorąco. O pierwszej w nocy termometry w srajfonikach pokazywały nam wciąż 35 stopni. Jak to jest możliwe?! Nie mam zielonego pojęcia, ale wiem, że taka pogoda nie tylko rozmywa makijaż, ona rozmywa zmysły. Po pół godzinie przestajesz zwracać uwagę na krótkość kiecek wymalowanych panienek, nie czujesz już rozbierających się pijanych gości wieczoru kawalerskiego i nie słyszysz nawołujących na najlepsze-cycki-w-mieście gości w poplamionych cholera wie czym koszulkach. Kluby, bary, showy, sale konferencyjne, kasyna, restauracje, hotele mijasz je wszystkie mając nadzieję na genialne pokazy fontann pod Bellagio. Pokazy są krótkie, a Ty po przejściu niebotycznej odległości 2 km, i wypiciu prawie bezalkoholowej, choć metrowej margerity, masz ochotę już tylko na łóżko. Własne łóżko.
Rano Vegas prezentuje się zgrabiej. Jest tak samo gorąco, ale przynajmniej rozumiesz, że upał pochodzi od słońca a nie nie wiadomo skąd. Rano Meksykanie sprzątają ulice z ulotek najlepszych-cycków-w-mieście, kebebów, które nie do końca się przyjęły, cekinów, które odpadły, gdzieś w ciaśniejszych zaułkach miasta… Meksykanie wymieniają się znaczącymi uśmiechami i kolejnymi rekordami. Reszta siedzi na basenie. I to jest akurat super.
Pływasz bracie do góry brzuchem w basenie przypominającym wciąż płynąca rzekę. Utrzymujesz się na fali, oddychasz lekko, uszy masz zanurzone pod wodą, żeby nie słyszeć drących się w niebogłosy szczeniaków, raz na jakiś czas z góry spada na Ciebie chłodny wodospad, nie ruszasz niczym, a nad głową przesuwają Ci się na przemian zielone palmy i niebieskie niebo. Odpoczywasz…
Potem jednak trzeba wyjść z basenu i znowu jest upał, za drogie butiki, knajpki ze słabym żarciem i imitowanym wystrojem, eleganckie laski z bezczelnie sztucznym biustem i grubi faceci obcinający Cię wzrokiem. Pijesz zimne smoothies i wiesz, że nie masz już czego szukać w tym mieście.












Brak komentarzy:
Prześlij komentarz