Czasem zdarzają nam się dni dziwne. Po tym całym Kanionie od
rana wszyscy marudzili. A to że niewyspani, a to że ktoś w nocy chrapał, ale
chyba głównie, że musimy opuszczać hotel z taaakim basenem. Komu w drogę jednak…
Pierwszy przystanek mieliśmy przy dziurze. Nie, to nie był
znowu piękny, choć ciut przerażający, Kanion. To była faktyczna dziura. 1,5 km
głęboka i tak duża, że można by w niej jednocześnie rozegrać 20 meczy
piłkarskich, które z trybun obejrzałoby 2 miliony osób. Dziurę zrobił mnóstwo
lat temu 45-metrowy meteoryt. Widzieliśmy największy kawałek meteorytu, który udało
się znaleźć - miał objętość dziecinnej wanienki i wagę 650 kg - praktycznie
w całości składał się z żelaza i niklu. I
to by było na tyle z rzeczy, które można powiedzieć o super słynnym kraterze po
meteorycie (Meteor Crater) w Arizonie. To co nas zdziwiło to to, że to cudo nie
należy do państwa, tylko do osoby prywatnej, która będąc ciekawa co jest na
dnie, przez 26 lat robiła w nim odwierty. Wejście tutaj kosztowało nas 16 $ od
łebka, więc wcale nie mało. Zobaczyliśmy za to 15 minutową symulację, o tym jak
meteor uderzył w ziemię, rzeczoną dziurę w ziemi i przewodnika, który nie mając
nic do powiedzenia wygłupiał się przez 15 min opowiadając o filmach, które oglądał
i komediantach, których oglądał. Czuliśmy się dobrze oszukani. Postanowiliśmy
obrabować to miejsce – Małgosia zakosiła 3 kamyczki a Maki sprita z automatu. Słabe
z nas złodziejaszki, bo Małgosia zbierając trofea porwała w 3 miejscach
spódnicę a przewodnik, okazał się super wyczajaczem i i tak kazał jej oddać
część kamyczków. Maki zaś skupiony na kępieniu kubeczka zgubił klucze do
samochodu. Uznaliśmy, że miejsce to obłożone jest klątwą i ruszyliśmy do
Skamieniałego lasu (Petrified forest).
Las to to był kiedyś. W triasie. Dziś leżą tu tylko powalone konary
drzew, które pył wulkaniczny przemienił na tęczowe skamieniałości. Co zrobiła
Malgosia? Zakosiła 3 kamyczki spod znaku „Collecting petrified wood prohibited”.
Co zrobiła przyroda? Rozszalała się w złości. Udało nam się jeszcze tylko
spojrzeć na pięknymi barwami malowaną pustynię i trzeba było uciekać. Piotruś
miał problemy z utrzymaniem samochodu na pasie – silny wiatr próbował
przewrócić nam furę, bił niemiłosiernie piachem w lakier, przerzucał przez
drogę tumbleweedsy. Zacinający deszcz zostawiał na przedniej szybie tylko
poziome kreseczki. Po zmroku zaczęły przebiegać nam przez drogę zwierzaki i
wtedy Piotruś się wyprostował. Kolanami dotykał kierownicy, zakleszczył ręce w
silnym uścisku i wyciągnął szyję wbijając wzrok w zakurzony mrok przed maską. Skończyliśmy oglądać film i zaczęliśmy trzymać kciuki. Sorry, ale nawet nie może sobie wyobrazić naszej radości jaką wskoczyliśmy do jacuzzi po przyjeździe do hotelu ;)













Brak komentarzy:
Prześlij komentarz