Niektóre miejsca mają dla nas jakąś wartość sentymentalną,
słyszeliśmy o nich, albo część z nas już w nich kiedyś była. W ten sposób znaleźliśmy
się dzisiaj w Four corners – czyli w miejscu, gdzie spotykają się cztery stany: Utah, Kolorado, Nowy Meksyk i Arizona. Kasia powiedziała, że ona pamięta taką grę planszową i że ona była fajna i że
zawsze chciała się w tym miejscu znaleźć i że jedziemy i już. Pojechaliśmy ;)
Na środku pustyni zobaczyliśmy wmurowaną w ziemię płytę podzieloną na cztery części. Za każdą z części stały dwa maszty. Na jednym z nich powiewała flaga stanowa na drugim flaga indiańskiego plemienia, które zamieszkiwało dany teren. Dookoła tego wszystkiego zbudowano coś na kształt targu pamiątek.
Porobiliśmy sobie fotki, powygłupialiśmy w upalnym słońcu, na koniec zaś poszliśmy popatrzeć na indiańskie wyroby. Pomiędzy kolorowymi koralikami, strzałami z grotami z rogu bawoła i wyrobami porcelanowymi przylookaliśmy też inne rzeczy. Pośpiesznie wróciliśmy do samochodu. Piotruś wciąż miał wrażenie, że Indianie patrzyli na nas z nienawiścią. Niby to nie my jesteśmy odpowiedzialni za to, że żyją obecnie w rezerwatach, ale amerykańskie flagi z indiańskimi rysunkami na nich robiły na nas dziwne wrażenie. Trochę jakbyśmy patrzyli na ludzi, którzy nie mając wyboru muszą robić coś wbrew sobie. Okropne uczucie.
Z ulgą wyjechaliśmy na gorącą pustynię. Nie wiem dlaczego, ale żółty piasek po horyzont i ciemne ostańce skalne na tle ostro ściętych płaskowyży zrobiły na mnie piorunujące wrażenie. Nie było jednak sensu zbyt długo zostawać na tym bezlitosnym słońcu, dlatego skierowaliśmy się na wschód w stronę zielonego Kolorado.
Szybko dotarliśmy do Mesa Verde – miejsca, gdzie Indianie budowali swoje puebla w zagłębieniach skalnych. Z bliska domki nie robiły wrażenia, ot prymitywne budownictwo z kamienia i gliny z wieloma podziemnymi pomieszczeniami. Kiedy jednak spojrzeliśmy z góry na kanion, którego zbocza usiane były domkami zaniemówiliśmy. Całość przypominała filmy science fiction przeniesione w czasy prehistoryczne. Indianie dostawali się do swoich domów, korzystając z drewnianych drabin albo z zagłębień w pionowych ścianach kanionu. Dzięki temu mogli mieszkać na dowolnej wysokości. W sumie niezła ochrona przed drapieżnikami, tylko trzeba bardzo uważać na raczkujące brzdące ;)
Wieczorem Kasiula zarządziła (to chyba był jej dzień ;), że nie ma chowania się po komputerkach i że spędzamy ten czas przy piwku. Wiecie jak smakuje miejscowy Złoty bizon w gorącym jacuzzi pod otwartym niebem pełnym gwiazd? Niepowtarzalnie ;)







Brak komentarzy:
Prześlij komentarz